środa, 3 sierpnia 2011

Żurawie i ... ryby.


A jednak żurawie też tu są! Się pokazały wreszcie! W najmniej spodziewanym momencie, gdy chłopcy poszli łowić kolację i prędzej w wędkarskim skupieniu spodziewali się bobrów, patrzyli raczej w wodę niż w niebo. Ale my, kobiety – jak mawia moja Mała Złotowłosa, choć podjechałyśmy rowerami zobaczyć, jak chłopcom idzie, miast w wodę, patrzymy w niebo. I warto było. Właśnie nadleciały trzy majestatyczne spore ptaki i równie nagle się oddaliły. Chłopcy łowią dalej (chyba dziś poczęstujemy sąsiadów), jak dotąd wyciągnęli z 20 uklejek (chyba uklejek? ), nie to chyba raczej płotki (mają takie czerwone podbarwienia na płetwach) i jeszcze tam siedzą, i siedzą w transie wędkarskiej cierpliwości. Oby ten spokój im został na dłużej… A ja tymczasem uzupełnię moje ichtiologiczne braki, bo od strony ornitologicznej ignorancji już się niestety ujawniłam, choć dzisiejsze żurawie mnie nieco  rehabilitują ( bo jednak tu są, a siedząc za kierownicą w ostrym zakręcie naprawdę łatwo było się pomylić). Dobrze, że ryby nie latają, łatwiej mi będzie się im przyjrzeć, gdy chłopaki wrócą ;)


P.S. Chłopcy wrócili, kolacji nie będzie. Złowili ostatecznie 48 +14 płotek. I... wypuścili do jeziora, by podrosły. No tak, sama im podsuwałam ostatnio jakieś wędkarskie pisemko z ekologicznymi hasłami "złów i wypuść". No to masz babo, placek, a raczej nie masz babo, kolacji. Dobrze, że rano od gospodarza kupiliśmy twaróg i jaja. Coś się z tego zrobi. A chłopcy, poza płotkami, patrząc w wodę wypatrzyli "boberki", czy raczej bobrzątka, podobno mlaskały i piszczały jak niemowlaki. Fotki niebawem, chociaż coś :).
    

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza