niedziela, 30 października 2011

Odeszli, odchodzą, zostaliśmy


I oto skąpo odmierzyłeś dni moje i wiek mój niczym jest przed Tobą

Zastanawiałam się właśnie nad bilansem tegorocznych pożegnań. I właśnie odebrałam telefon o kolejnym. Najbardziej chyba bolą takie nagłe odejścia, bez pożegnania, z tyloma niedokończonymi rozmowami, z ledwie rozpoczętym, a już ciekawym życiorysem. Bardzo ważne jest przygotowanie czyjegoś odejścia, bo dopiero po nim może nastąpić oczyszczająca, katartyczna żałoba.
Tym, którzy pozostali, ku pokrzepieniu polecam filmy Pożegnania Y. Takity (Okuribito  http://www.filmweb.pl/film/Po%C5%BCegnania-2008-450390)
 i Poste restante Marcela Łozińskiego (http://www.filmweb.pl/film/Poste+restante-2008-489442).


Non omnis moriar.

piątek, 28 października 2011

Duch Króla Olch

Olcha zwana olszyną czy też niekiedy olszą to drzewo intrygujące i mroczne. Jego magiczność frapowała romantyków (Goethe, Król elfów),  nawiązał tytułem do niej Michel Tournier w nagrodzonej powieści Le roi des Aulnes, którą to powieść zadedykował ... Rasputinowi.
Przypomniałam sobie o niej, gdy tak niesamowicie zapachniał kominek. Paliła się właśnie olszyna. I ni z tego ni z owego zaczęły mnie szczypać oczy. Dziwne, alergia o tej porze? Szukam zatem, co to być może  i znalazłam:  
jak ostrzega  instytut technologii drewna, olcha to drewno "biologicznie aktywne, może niekiedy wywoływać stany zapalne skóry i alergie" (http://www.itd.poznan.pl/pl/index.php?id=63). Żeby było ciekawiej to drzewo bardzo wytrzymałe i odporne na skażenie, przy okazji, podobnie jak rośliny motylkowe, wiążące azot. Tym samym bardzo użyteczne, stosowane przeciw erozji gleby w górach i w terenach nadmorskich.
Spalane wytwarza taki znajomy zapach, okazuje się, że bywa stosowane w wędzarnictwie, obok jałowca. Szkoda tylko, że potrafi zarazem tak agresywnie oddziaływać, bo gdy pachnie, ma się ochotę dorzucić więcej polan, by pachniało bardziej.     

czwartek, 27 października 2011

Nasza kasza

Pisał Mickiewicz o gryce jak śnieg białej, ja ją bardziej pamiętam taką w kolorze wikliny. Gdy kwitnie na biało jakoś się kulinarnie nie kojarzy, ale kiedy jesiennie zrudzieje, to tylko pomyśleć o masełku, najlepiej takim klarowanym i o kaszy ugotowanej w ... garnku do gotowania ryżu. Wtedy rzeczywiście pachnie i smakuje jak kasza, nie ma posmaku plastiku, w który czasami niektórzy producenci ją wtłaczają, niby dla ułatwienia życia tzw. konsumentom.
gryczane pole jesienią 
  Szkoda, że tak nie docenia się w naszej narodowej kuchni kaszy gryczanej. Jest taka intrygująca dla odwiedzających Polskę cudzoziemców, doszukują się nawet pokrewieństwa z kaszką cous-cous. A ona taka polska, nasza i pogardzana trochę, często siana jako poplon, gdy właściwe zboże zmarnieje, bo na przykład mu pogoda nie sprzyjała.  A szkoda, gryka zasługuje chyba na więcej atencji, żelaza w niej dużo i innych takich. Myśl globalnie, jedz lokalnie - przy takim podejściu nasza kasza miałaby się lepiej, nasze żołądki też. 

sobota, 22 października 2011

Uwięzić ogień


Kusiło mnie i kusi, by zamknąć usta naszemu kominkowi wkładem żeliwnym i szybą. Kusi tak zwłaszcza, gdy za oknem chłodniej, a czasu na palenie niezbyt wiele. Otwarty kominek jest wymagający i lubi być w centrum. Potrzebuje uwagi i nadzoru, by niepokorne iskry nie wypadły poza im przeznaczoną przestrzeń. Za tę uwagę odpłaca jednak kojącym tańcem płomieni i syczeniem nie do końca wysuszonych i czasem zbyt dużych polan, których zamknięty kominek  nie trawi. Prawdziwie domowe ognisko jak magnes przyciąga domowników do pokoju kominkowego.


 Gdy zamkniemy ogień za żeliwnym wkładem, pewnie nie będziemy kontemplować płomieni, tylko nadzorować jego obecność. Za przydymioną z czasem szybą zniknie jakość płomienia. Póki co się skrzy, skwierczy czasem i nostalgicznie nastraja.

poniedziałek, 17 października 2011

Biophilia

Nie umiem pisać o muzyce, ale obok tej płyty obojętnie przejść nie można. Björk, jak zwykle wymykająca się zaszeregowaniu. Na okładce płomienność włosów  i delikatna, niemal dziecięca twarz femme-enfant  zapowiada ogniste akcenty ( perkusja momentami brzmi na tym krążku jak karabin maszynowy) w zderzeniu z kosmicznie kryształowym, delikatnym a mocnym wokalem. Posłuchajcie. A im dłużej będziecie słuchać, tym bardziej Was wciągnie. Z Björk chyba już tak jest.  

sobota, 15 października 2011

Bez słów - rozmowy dyniek


Potraktujmy układ dyniek jak dzieło otwarte ( w myśl tego, co pisał Umberto Eco). Każdy ma swoją wersję tego, co pan Dyniek powiedział do pani Dyńki i odwrotnie. Miłej zabawy !















P.S. Dyńki - domowa twórczość dziecięca
Posted by Picasa

wtorek, 11 października 2011

Poznasz kota po ogonie

Pamiętacie koteczkę sprzed dni kilku? Ja w pamięci ciągle mam ten dzień, kiedy ze szkoły odbierałam duuużo dzieci, kilkoro było genetycznie moich, reszta "chwilowo moja". I chyba presja tych zwielokrotnionych oczu patrzących wyczekująco na mnie była przyczyna tego, co stało się później. Patrzyły się na mnie te oczęta dziecięce i ... kocie w oczekiwaniu, czy powiem wreszcie : "no, dobrze, już chodźmy", czy też wykręcę się mówiąc jak Tym w Misiu, gdy sobowtóra  zobaczył "lustro? dziękuję, my już mamy". I co zrobiłam ? - "No, dobrze, pokażemy ją weterynarzowi po sąsiedzku i zobaczymy, co dalej" - to chyba coś za mnie powiedziało, bo generalnie bywam bardziej asertywna w takich sytuacjach. Kocię było zabiedzone i zagubione, a zostawienie go tam, gdzie je dzieciaki znalazły było dla tego stworzenia wyrokiem. I sama dziś nie wiem, czy zrobiłam to dla dzieci, czy dla kota, czy dla pozornie świętego spokoju. Summa summarum kocię okazało się wyjątkowo zadziorne, pewne siebie i dominujące, o czym przekonaliśmy się, gdy tylko się najadło i wyspało. Weterynarz je obejrzał dokładnie i ... pokazać  polecił za dni kilka. Hmm, no tak, a co przez te kilka dni? Dzieci odpowiedź miały jedną, jak to, co ? Przecież zmieści się nam w domu mały kotek! Taaak.  Tylko, że koteczka ( bo to ona) najpierw psicę 45 kg ważącą od miski odsunęła sobie tylko znana metodą, kocura legowiska pozbawiła i generalnie zapowiadała się na Samozwańczą Panią Domu. Pierwszy zbuntował się kot. Potem pies. A na końcu my uznaliśmy, że trzeba małą we właściwym szeregu ustawić, bo inaczej kolejnej wizyty u weterynarza u nas nie doczeka.
I tak metodą małych kroków próbowaliśmy ją wychować na porządnego, uspołecznionego kota. I już wydawało się, że spokorniała, że dotarło do niej, że jest u nas "grzecznościowo", a tu nagle wrzask, jakby kota ze skóry obdzierano. Sądziłam, że ktoś ten drobiażdżek nadepnął, albo coś mu przyskrzynił. A tu ... Przydreptało do mnie wielkie kocisko z  obwisłym ogonem, którym zwykle kręciło z niezadowolenia, najczęściej w odpowiedzi na radosne merdanie ogonem psim. Ot, taka rozbieżność komunikacyjna, machają podobnie, a przekazują dokładnie odwrotne komunikaty. Tym razem rzecz była poważniejsza. Okazało się bowiem, że to przygarnięte maleństwo wgryzło się kocurowi w ogon. No to rivanol na ranę i szlaban na kocie wędrówki.  Maleńka tymczasem przypodobała się sąsiadom. Ku radości kocura, której nie podzielały dzieci, zmieniła adres. A z ogonem kiepsko, ale nie najgorzej. Zrobił się stan zapalny, nie doszło na szczęście do martwicy, co zdarzyć się mogło ponoć przy bardziej celnym gryzie. No to teraz niezadowolony kocur siedzi na oknie i żałuje nie złapanych ptaszków. Koteczka tymczasem sukcesywnie zatraca swą zadziorność na rzecz pieszczot i kontaktu z człowiekiem, którego piskliwym głosikiem się domaga, zwłaszcza, gdy człek jej z horyzontu zniknie. Czyżby złośnica poskromiona?

sobota, 8 października 2011

Jesiennie

Złotą jesień zaczyna przeganiać słota i przenikliwe zimno, które nie daje się przepłoszyć rachitycznym promykom słońca. Jeże coraz bardziej zakopują się w liściach, gdzieś w okolicach kompostownika, w dzień ich praktycznie nie widać, a wieczorem chłodnym po ogrodzie spacerować nikomu z nas się nie chce, by wyjść jeżom na spotkanie.


Dzikie wino zrzuca już purpurą przebarwione liście, do wazonu zabieram ostatnie w tym roku kwiatowe piękności, część z nich trzeba będzie niebawem wykopać, by na wiosnę oddać ogrodowi. Bardzo malowniczo na świecie, gdy słońce przymruża powieki i świeci coraz niżej nad ziemią.



wtorek, 4 października 2011

Koteczka i jej przygody

Zwierząt ci u nas dostatek. Wielki pies, tłusty kot i ileś tam tropikalnych rybek, o jeżach w ogrodzie nie wspominając. A tu jeszcze pewnego dnia dzieciaki wyciągnęły spod auta czarny trzęsący się kłębuszek. Wokół ruchliwe ulice, a toto pod auto wlazło myśląc pewnie, że bezpieczne tam będzie. Patrzą na mnie dzieci ( moje i cudze) pytająco, patrzy na mnie kocię. I czekają – odpuszczę i zgodzę się tę istotkę przygarnąć, czy też wykręcę się posiadanym zwierzęcym dobytkiem. No dobrze, rzekłam, pokażmy ją weterynarzowi. Mała dzikuska odrobaczona została, pazury jej przycięliśmy, a choć mała, darła się przy tym przeraźliwie głośno. Na koniec ugryzła mnie i zlała się na kozetkę. I tak oto została ochrzczona imieniem Hexa. Kot olbrzym się jej boi,  bo choć małe toto, to prycha na wszystkich i ustawia większych od siebie. Psa wielkiego też od miski odpędziła swoje zębusie malutkie mu pokazując, a przecież ona sama mogłaby być tylko przystawką dla naszej psicy. Zabiedzone to stworzenie litość budzi, ale w oczach ma takie diabełki i chyba, wbrew dziecięcym pokusom, podleczę je i podaruję znajomej. Tak sobie myślałam, czas jakiś temu.

Dni mijały, zabiegane i po brzegi wypełnione, aż się wylewało. Koteczka ciągle u nas, jakoś nikt jej nie chce, a mnie żal ją bez opieki zostawić. Zrezygnowane zwierzaki domowe nasze chyba się pogodziły z faktem, że to małe tu żyje. Rozpuściłam wici po ludziach, że mam kotka w nadmiarze, ale jakoś cisza. A toto małe i psotne, wlazło do domku dla lalek i .. zwiało, i to razem z drzwiami, a potem tych drzwi nie dało się z niej zdjąć, trzeba było je wyłamać na kociej głowie, lalki teraz bez drzwi mieszkają. Parę dni temu do wanny pełnej wody wpadła, ale w porę ją wydobyliśmy. W każdym razie coraz mniej w niej Hexy, a coraz bardziej jest Kleksa.  Żywy dowód na to, że pieszczone stworzenie samo staje się pieszczochem. Kleksa Negra, jak była czarna, tak jest i między innym dlatego nie wzięła jej znajoma. Bo się boi czarnych kotów. A przecież starzy Anglicy podobno powiadają, że czarne koty przynoszą szczęście.  To może kabaret otworzę ;-), studentom opowiadałam kiedyś o francuskim kabarecie Czarny kot, Chat noir. Ale właściwie po co otwierać? I tak kabaret z tą menażerią mam na co dzień :-). A do wątku koteczki powrócę niebawem.