poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Żurawie na wojnie paintballowej

Zapowiadał się bardzo miły wieczór przy ognisku i kiełbaskach. Okolica się powoli cywilizacyjnie wyciszała, większość ludzi musiała wyjechać przed wieczorem. My dostaliśmy ten prezent od czasu, że mogliśmy sobie jeszcze beztrosko pożegnać lato. Wiatr z lekka falował gryczanym polem, a nad nim od czasu do czasu pojawiał się żurawi klucz anonsując się wcześniej charakterystycznym krzykiem. Niemiłosierne były tylko komary, jakieś takie młode, drobne i spragnione krwi egzemplarze naprzykrzały się całymi chmarami nie zważając na żadne sprawdzone dotąd olejki eteryczne, czy repelenty. Nie to jednak zepsuło nam wieczór przy ognisku. Oto nagle, tuż po przelocie kolejnego ptasiego klucza, rozległy się strzały. Nieregularne i bynajmniej nie z ambony. Żurawie larum podniosły niczym gęsi na Kapitolu. Pies też się zdenerwował i usiłował za wszelką cenę otoczyć ludzkie stado delektujące się kiełbaskami. A tu nagle ryk silników. Quady! Komuś zachciało się pobawić w lesie, pewnie myślał, że jest w nim sam. I jak tu nie nazywać ludzi człowiekami?      

sobota, 27 sierpnia 2011

Jak na lekarstwo


Czeremcha jest takim dziwadłem owocowym, coś jakby skrzyżowanie czarnej porzeczki z wiśnią. I do tego ta spora zdrewniała pestka, której się raczej człowiek w owocach gronowych nie spodziewa. Ale marmolada wyszła całkiem niczego, choć pewnie dzieciakom do gustu nie przypadnie, ma zbyt cierpki posmak. Zastanawiałam się kiedyś w dzieciństwie, dlaczego na ślubach ludzie krzyczą „gorzko, gorzko”, gdy para młoda tak słodko się całuje. Pewnie po to, by nowożeńców ze słodyczy nie zemdliło… Gdy spróbować dojrzałych owoców czeremchy, to właśnie przypominają one taki słodko-gorzki pocałunek. Tak jak z przyprawami, gdy ich brak, to jest tak bezpłciowo, nijako, a gdy odpowiednio doprawić robi się wyraziściej. Marmolada trafiła do słoiczków. Wyszło jej niewiele. Roboty dużo, owoc mały, czeremcha wydaje się niewdzięczna. Jednak podana do herbaty ujawnia swe ukryte wdzięki. Skosztujcie, a przekonacie się sami!

piątek, 26 sierpnia 2011

Placek drożdżowy „do góry nogami”


Gdy onegdaj siostry Tatin piekły swą owocową tartę, jedna z nich rozkojarzona wsadziła ją do piekarnika odwrotnie, owocami do dołu. I tak powstała słynna tarte tatin. Spieszyłam się dziś, by przygotować coś słodkiego dla przyjaciół i miast kombinować i wymyślać chciałam zrobić coś, co zawsze się udaje i jest takim ciastem dyżurnym, zwłaszcza latem, gdy są owoce. Najpierw się okazało, że synuś wykorzystał cały cukier, ostał się tylko trzcinowy, który akurat wolę, ale niekoniecznie do tej wersji tego ciasta. Jako, że nie mam tu piekarnika i ciasto przygotowuję w prodiżu po babci, koncentrowałam się głównie na przeliczaniu proporcji na kruszonkę przy mniejszej powierzchni pieczenia. I już zaczęło pachnieć rosnącym drożdżowym ciastem, gdy zorientowałam się, że czegoś w cieście brak. Nie dodałam tłuszczu! Wyobraźcie sobie drożdżowe ciasto suche jak pieprz podane w upalny dzień, udławić się można na samą myśl. Ale nic to, znalazłam olej kujawski, postarałam się dodawać go tak, by zbytnio nie zaburzyć konstrukcji ciasta, na którego wierzchu dojrzewała już kruszonka. Byłam przekona, że być może uratuję wilgotność ciasta, ale zakalec zapewne będzie murowany. Tymczasem … Mama, jakie to dobre ! – rozległo się z kuchni, gdzie właśnie dzieciaki dobierały się do stygnącego placka jeszcze przed przyjściem gości. Cóż potrzeba i pomyłki matkami wynalazków.



 A oto właściwy przepis na placek drożdżowy mojej mamy:

Składniki:
Ciasto :
Paczka drożdży „babuni”
3 szklanki mąki
3 jajka
¾ szklanki oleju kujawskiego lub oleju carotino ( w tym drugim przypadku ciasto ma taki tajemniczy miodowy kolor)
¾ szklanki cukru 
 Szklankę mleka o temperaturze pokojowej (ważne) wlewamy do garnka, dodajemy łyżkę mąki, łyżkę cukru i pokruszone drożdże. Odstawiamy w miejsce, gdzie nie ma przeciągu, latem nakrywamy ściereczką, by nie przyciągnęło muszek owocowych.





Mąkę, jaja, cukier i olej mieszamy w misce najlepiej drewnianą łyżką, dodajemy rozczyn, jeśli już wyrósł, jeżeli nie przygotowujemy najpierw kruszonkę, a robimy to tak:
szklankę mąki mieszamy ze szklanką cukru pudru i 10 dkg masła (jeśli placek pieczemy w prodiżu, kruszonki robimy odpowiednio mniej zmniejszając proporcjonalnie ilość składników).  
A jak już mamy to wszystko przygotowane, to wystarczy wysmarować delikatnie formę do pieczenia (lub prodiż) tłuszczem, poprószyć mąką, wylać ciasto, posypać kruszonką i piec około 30 minut. 
Ładnie pachnie, prawda?

czwartek, 25 sierpnia 2011

A jednak marmolada?!

Już myślałam, że po raz pierwszy od wielu lat nie będę robić konfitur, dżemów, ani nawet powideł, czy kompotów. Zanosiło się na to, że kończyć będziemy pozostałe zeszłoroczne zapasy spiżarniane. Aż tu na psim spacerze uwagę mą przykuło obsypane drobnymi czarnymi owocami drzewo. I nie zwróciłoby może mojej atencji, gdyby nie sporo połamanych gałęzi pod nim leżących. Taak,  1:0 dla zwierząt, tylko człowieki potrafią przygotować sobie więcej pożywienia niż są w stanie zjeść, czy ze sobą zabrać. Zwierzak albo zje, albo zabezpieczy „na później”, ewentualnie zostawi resztki kolejnym zwierzakom. A człowieki są jak psy ogrodnika, same nie zjedzą, inny też już nie skorzysta. Drzewo okazało się czeremchą (prunus padus), której w zasadzie owoce same już opadają znacząc na liściach słodki ślad swojej dojrzałości. Wystarczy wyciągnąć rękę. Dziwne to drzewo, na jednym gronie miewa jednocześnie owoce zielone, czerwonawe i czarne. Oczywiście im bliżej im do czerni, tym więcej w nich cukru, a mniej cierpkości. Zmykam robić marmoladę, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

P.S. Dodatkowe info na temat czeremchy można znaleźć tu :http://www.poradnia.pl/czeremcha.html

wtorek, 23 sierpnia 2011

Straszna prawda na koniec lata

Gdy w odruchu dobroci dla ludzi wspieramy jakąś akcję humanitarną zwykle nie zastanawiamy się, co z naszym datkiem dzieje się dalej. Ze spokojnym sumieniem (bo przecież pomogliśmy) oczekujemy wiadomości, że „tam” się poprawiło. Tymczasem okazuje się, że ktoś sobie z nas zakpił, a kij, jak to zwykle bywa, ma dwa końce. A z drugiej strony, jak mieliśmy sprawdzić, że datek trafił właśnie tam, dokąd chcieliśmy? I że zrobiono z niego właściwy użytek? Z założenia ufamy tym, którzy akcję organizują. I dobrze. Linda Polman, autorka publikacji Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. Czarne) pokazuje, że z tą pomocą bywa jednak różnie i bardzo „niehumanitarnie”. I jak bezmyślnie ( albo zbyt zmyślnie) bywają przygotowane akcje pomocowe. Kolejna, po reportażach Jennie Dielemans, trudna książka na wakacje. Przeczytacie, jeśli potraficie to przełknąć tak, by nie zapomnieć, że mądra pomoc jest potrzebna, i to szczególnie tam, gdzie nie ma skąd nadejść, zwłaszcza, gdy nie ma fotoreporterów i nie zbliża się kampania wyborcza.


P.S. Ciekawe spostrzeżenia nie tylko na temat wspomnianej publikacji są też tutaj: http://refugee.pl/?mod=knowbase&type=temat_miesiaca&path=3783&PHPSESSID=0cd3980653e85c12714c898553fcf07c

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Eco-driving, czyli daleko zajedziesz, mało spalisz


Z dziką satysfakcją spoglądam na wskaźnik paliwa zużytego w przeliczeniu na 100 km. Udało się! Żarłoczne auteczko obciążone wszystkim, co niezbędne (czytaj: wszystkim, co się zmieściło) przejechało z połową baku na drugi koniec Polski i nie wołało dokładki. W drodze powrotnej podobnie. Wreszcie wymierny dowód na to, że kurs eco-drivingu, który onegdaj zrobiłam coś rzeczywiście dał. Bo w mieście jakoś się tego specjalnie odczuć nie dało, ale na trasie! Mało, że auto dużo mniej spaliło, to jeszcze świadomość, że nareszcie udało mi się rzeczywiście, a nie na papierku, wejść w rolę eco-kierowcy. A zasada prosta: "ciężką nogę" zastąpić miękką, delikatną jazdą, jeśli to możliwe jedziemy bez hamowania, prędkość redukujemy silnikiem, ale przede wszystkim ruszamy szybko, możemy "przydusić" na starcie po to, by tę prędkość "rozkulaną" wykorzystać i jak najszybciej wejść na jak najwyższy bieg. Samochód dociążony dziećmi, zwierzętami i walizkami nie kusi do rajdowej jazdy, zatem dość szybko popada się raczej w usypiający błogostan przypominający nieco znużenie, które dopada nas w monotonii autostrady. Ważne przed wyjazdem: sprawdzić ciśnienie w oponach, zmniejszyć opory powietrza (okna zamknąć, nie wozić niepotrzebnego bagażnika na dachu, itp.). Poza oszczędnością paliwa i pieniędzy, jest też korzyść niezwykle ważna: jedzie się bezpieczniej, bo więcej czasu mamy na obserwację drogi i na właściwe zareagowanie w razie niespodzianek na drodze ( a tych niestety, zwłaszcza w postaci dziur, na naszych polskich trasach nie brakuje). I korzyść ostatnia : skoro już wybraliśmy auto, a nie inny bezspalinowy środek lokomocji, to w tym przypadku generujemy mniej spalin niż przy tradycyjnej jeździe, ale też mniej zużywamy samochód. Szerokiej i gładkiej drogi przy wakacyjnych powrotach!

sobota, 20 sierpnia 2011

Kwiaty wczesnego ranka


Właściwie nie wiem, o której godzinie otwierają koronę swoich płatków. Gdy piję poranną kawę, one wyglądają na bardzo już rozbudzone. Gdy tylko mija południe, nadchodzi zmierzch trwałości dla ledwo rozprostowanego kielicha. Co dziwne, właściwie nie wiem, co to za kwiaty i skąd się tu wzięły. Wsiewałam coś do donicy, ale wydawało mi się, że nic nie wzeszło, dosadziłam „gotowce” z ogrodniczego sklepu. A teraz rośnie i jedno, i drugie. 
Miłe są takie niespodzianki. Myślisz, że nic z tego, a tu jeszcze i „to”, i coś jeszcze.   

piątek, 19 sierpnia 2011

Po burzy

Błyskało i grzmiało groźnie, co gorsza blisko całkiem. Potem spłukało deszczem orzeźwiającym pyłki wszelkie, które zmuszają, by kichać na wszystko. Jakiś atawistyczny lęk sprawia, że staramy się burzy unikać. Nieustraszony Wajrak też potwierdza, że burzy lepiej nie wychodzić naprzeciw. Na książkowym regale Młodego Człowieka wytropiłam nowy nabytek Wajrakowego autorstwa, Przewodnik prawdziwych tropicieli*. Tamże Wajrak napisał, że burze to jedyna rzecz, której się w Tatrach obawia. Ostrzega przez mocą błyskawic ( to przede wszystkim one są niebezpieczne) i radzi, jeśli burza zaskoczyła nas w terenie, by unikać punktów wyeksponowanych, ale też pionowych ścian lub miejsc, gdzie schodzą się potoki. Warto oczywiście odsunąć się od metalowych przedmiotów, nawet jeśli jest to nasz ulubiony statyw, odizolować się od mokrego podłoża chociażby siadając na plecaku, o wyłączeniu komórki nie zapominając i schronić się w jakimś grajdołku.
Burza minęła. Zostało parujące jezioro i gładka tafla wody. Nikogo w jeziorze, tylko ja, ryby i bobry.
Dobrze, że są jeszcze u nas takie miejsca...  
*A. Wajrak, Przewodnik młodych tropicieli,  Warszawa 2011, cz. 1. lato ( będą jeszcze kolejne pory roku w plenerze)

czwartek, 18 sierpnia 2011

Tabi po polsku


Gdy tylko zrobiło się cieplej wraz ze słońcem pokazali się skarpetkowcy, albo jak kto woli skarpeciarze. Od dawna usiłuję rozszyfrować ten polski syndrom skarpetkowy, nieśmiertelny  znak rozpoznawczy naszych rodaków zagranicą. W krajach ciepłych, gdy upalnie, nosi się sandały lub klapki, gdy zimno - pełne obuwie. U nas, nie wiadomo skąd, pojawił się zestaw skarpetki + sandały. Bo zimno? A może pedicure się nie zmieścił w kalendarzu? Nie wiem, faktem jest, że wygląda to dziwacznie. Z tego, co dotąd zaobserwowałam, skarpetki i klapki występują razem jako np. tradycyjny element stroju japońskiego, noszone przez kobiety tabi (dwupalcowe skarpetki) + zōri (klapki), ale już do geta (drewniane klapki na koturnach) tabi nie noszą; nomenklatury wersji męskiej nie znam, ale też widziałam, wygląda równie elegancko i jakoś nie razi. 
Kilka fotek pokazujących polskich sockersów  znajdziecie tu: http://skarpeciarze.blogspot.com/, cóż może po prostu lubimy być „bien chaussé” i, gdy buty kiepskie, zwracać uwagę, choćby skarpetkami? 

środa, 17 sierpnia 2011

Sposób na leszcza*

*tu wstaw nazwę ryby, którą masz pod ręką


na zdjęciu akurat pstrąg, ze sklepu. Leszcza nie zdążyłam sfotografować, został zjedzony 
Najbardziej czasochłonne w tym przepisie to ...złowienie ryby, ale i to może się okazać dziecinnie proste, jeśli mamy dzieci, które potrafią łowić. Moje akurat dziś złowiły trzy spore leszcze. W przypadku braku dzieci, można rybę złowić samemu lub kupić w zaufanym sklepie, ważne, by ryba była świeża.
Jak już mamy rybę, reszta dzieje się błyskawicznie. Rybę czyścimy z wnętrzności, pozbawiamy płetw i łusek. Potrzebny będzie nam garnek do gotowania na parze lub parowar elektryczny, przyda się przyprawa do ryb n.p. grecki mix Kriti ( głównie rozmaryn, oregano, tymianek) i odrobina soli, najlepiej morskiej. Rybę umieszczamy w bezdziurkowym pojemniku parowaru lub w szklanej miseczce, jeśli korzystamy z garnka, a nie z parowaru. Solimy, posypujemy przyprawą i nastawiamy minutnik na 30 min ( lub dłużej, jeśli ryba spora). W czasie, gdy ryba osiąga najwyższy stan smakowitości rozglądamy się za dobrym białym winem. Gotowe. Wyszło zdrowo i smacznie, zapraszam do stołu!  
P.S. Więcej o gotowaniu na parze wrzuciłam tu: http://www.nutritiontaoiste.com/-Gotowanie-na-parze-


wtorek, 16 sierpnia 2011

Przedświt


Stygnie powoli Ziemia i w ciemności zasypia, by zrobić miejsce tym, którzy w dzień w ukryciu. Przedświt przebija ciemność i rozprasza gwiazdy, by tętnić dziennym życiem wyciszając nocne. Już nie noc, dzień nie jeszcze. Nim ranek wstanie rosą spocony, każdy z ptaków zaśpiewa. Gdyby tak... położyć się na pachnącej wilgocią trawie, przyłożyć ucho do ziemi i popatrzeć w różowiejące niebo... Już kończy się nocna zmiana ptaków, coraz ciszej nawołują się nawzajem, jakby mówiły: kryj się, wstaje człowiek... 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Georges Perec i kamienica w Poznaniu


W prasie lokalnej trwa szukanie winnych lub tych, co mogli coś zrobić, zrobili coś, ale nie wszystko, bo być może mogli więcej. Odnajdują się stare zdjęcia kamienicy, np. bardzo ładne ujęcie zrobione przez pana Grzegorza Sobierajskiego.
Wszystko jednak wskazuje na to, że kamienica jest już „po wyroku”, pozostaje tylko obfotografować na pamiątkę ostatnie jej fragmenty. W dyskusji o kamienicy pojawiło się porównanie do kamienic Montmartru. Coś w tym jest, faktycznie, nawet obok tej kamieniczki były (być może jeszcze są) schody, którymi kończyło się przejście z deptaka do ul. Piekary. Przy odrobinie architektonicznej fantazji można je upodobnić do tych na Montmartrze, ale nie tych głównych turystycznych, tylko parkowych, wiodących skrótem do Sacré Coeur. Może tak na pocieszenie - nie będzie kamienicy zróbmy sobie schody? 




A tym, którzy faktycznie są odpowiedzialni za koniec rzeczonej kamienicy polecam lekturę Georgesa Pereca, Życie instrukcja obsługi. To o życiu kamienicy, między innymi. Każdy rozdział to losy jednego pokoju. Szkoda, że tak łatwo zastępować stare, sprawdzone nowym, niewiadomym. O ile to się może sprawdzać w życiu, niekoniecznie musi w architekturze.           

sobota, 13 sierpnia 2011

Dzieci i ryby głosu nie mają

Groźne pomruki burzy pokrzyżowały nam wieczorne plany. Zamiast rowerowej wyprawy po leśnych dróżkach, kolejne odkurzanie książek odłożonych "na właściwy moment", na przykład na niepogodę. Pamiętacie ogromne filcowe kapcie w muzeum, karpia w wannie, czy wystany w kolejce sznur korali z rolek szarego ( zwanego dziś ekologicznym) papieru toaletowego? A trzepakowe pogawędki pod blokiem, gdy się wisiało do góry nogami i świat wyglądał jakoś ciekawiej? Z takiej właśnie dziecięco-peerelowskiej perspektywy romanistka, Marzena Sowa, z francuskim rysownikiem Sylvainem Savoia ( jej życiowym partnerem) stworzyli komiks, który nasze dzieciaki uwielbiają. Przenoszą się wtedy myślami w epokę "szarych" (czytaj: czarno-białych) filmów, a potem zadają mnóstwo zaskakujących pytań, po których czuję się jak odhibernowany dinozaur. A one mi nie wierzą, że jak byłam mała, to jednak prąd już w domu był, woda w kranie też.
Marzena Sowa i Sylvain Savoia. Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają, do znalezienia m.in. tu: http://merlin.pl/Marzi-Dzieci-i-ryby-glosu-nie-maja_Egmont-Polska/browse/product/1,546870.html#fullinfo,
O Marzenie Sowie parę słów, tudzież jej fotek znaleźć można tu http://www.bedetheque.com/auteur-10762-BD-Sowa-Marzena.html

P.S. W oryginale francuskim oboje przygotowali 4 części opowieści o Marzi. W edycji polskiej pogrupowano je podwójnie. Jakiś czas temu kazała się Marzi 2. Hałasy dużych miast. (poszukuję, ktoś widział?) to francuska część 3 i 4.

piątek, 12 sierpnia 2011

Igraszki lata albo Koszałek-Opałek

Gdzieś ty, lato, no gdzie? 

Zaczerwieniły się korale jarzębin, 
purpurą oblała kalina, 
a lata, jak nie było, tak nie ma. 
Zapomniało o nas, deszczem olało,
 szelestem liści jesienią straszy. 
Lato, wróć choć na chwilę, 
obiecałam to smutnym motylom.   

*

No własnie, ja tu sobie poigrywam z literami, które czasem się w coś w miarę sensownego składają, a za oknem  ciepło, coraz cieplej, słońce! Może wreszcie z nami na trochę zostanie?  

czwartek, 11 sierpnia 2011

Deszczowo. Książkowo.

Pogoda nie daje za wygraną. Deszcz nas chyba bardzo polubił, bez wzajemności. Ale co tam, patrzymy przez zapłakane szyby na soczyście zielony trawnik, który w naszym przypadku raczej rzadko zielony bywa, umęczony przez dzieciaki, zwierzaki i słońce. Nie ma tego złego... Gdy za oknem deszcz, pustawo tu w okolicy i cicho, choć czasem dzieci słychać lepiej niż ptaki. By tym drugim dać szansę, uciszam te pierwsze. Z różnym skutkiem, sąsiedzi coś o tym wiedzą. Zazwyczaj działa książkoczytanie. Zatem do roboty, dziś padło na książeczkę o modzie. Dosłownie. Zatem M.O.D.A. Metki, Obcasy, Dżinsy, Adidasy Katarzyny Świeżak. Po bardzo ciekawych książeczkach D.O.M.E.K i D.E.S.I.G.N, które bardzo wciągały naszych chłopaków, teraz pora na coś dla nas. O szafiarkach, ekomodzie, sukienkach-origami i z historią małej czarnej na deser. Jak być modną i ekologiczną jednocześnie, czyli o recyklingu ubraniowym. Także o tym, dlaczego artyści lubią kupować w lumpeksach. Książeczka wyjaśniająca i inspirująca. Nie tylko dla małych  dziewczynek.
Pamiętacie tetrowe bluzeczki farbowane w łazience? Wychodziły takie promienne kółka, gdy się powiązało supełki. Niewiele było w sklepach, ale z niczego robiło się coś i jaka frajda, że każdemu wychodzi inaczej.
Dziś ekologia podsuwa pomysły powtórnego wykorzystania tego, co już się nam znudziło. Pociąć, rozpruć, pozszywać, naszyć i gotowe, wychodzi ubranko niepowtarzalne i niemarketowe. Przeprosiłam moją zapomnianą maszynę do szycia, pobawimy się w domowe kreatorki :-).         

środa, 10 sierpnia 2011

O pasikoniku, co oswoić się nie dał.



- Ja tylko żartowałam, że on może sobie wyskoczyć na spacer - rzekła zawiedziona Mała Złotowłosa, której tak bardzo zależało, by być panią któregoś z naszych domowych zwierząt. I kiedy pewnego dnia przyskakał do nas konik polny, bardzo się ucieszyła. Wzorem bohaterów z Pszczółki Mai, pasikonik oczywiście został Filipem. Najpierw z innymi braćmi z gatunku pasikoników zielonych przygrywał nam wieczorami niemal tak głośno jak jego prowansalscy kuzynowie. Potem zasmakował w domowym ciepełku, być może chłodniejsze noce go tam zapędziły? Później miał starcie z kotem, zdaje się, że bawili się w "kotka i myszkę", z braku tych ostatnich kocur zadowala się ostatnio owadami, bardzo skutecznie na nie polując. Aż chyba odechciało się konikowi polnemu naszej menażerii i po angielsku się zmył. Nie wiemy kiedy, nie wiemy dokąd. Pasikoników orkiestra znów daje koncert w ogrodowym plenerze. Może jest z nimi Filip?

wtorek, 9 sierpnia 2011

The Steve Irwin płynie dalej!

Nadeszły mailowe podziękowania od kapitana Watsona (znów młody człowiek mnie prosił, by koniecznie o tym napisać). Nie wiem, czy i ile było wpłat od nas, ale podziękowania kieruję także do tych, którzy znaleźli czas, by o upartym kapitanie zmagającym się z człowiekami o przetrwanie zagrożonych gatunków, poczytać. Poniżej treść maila:

Sea Shepherd supporters rock!
Due to the generosity of our supporters around the world, we have raised over USD$735,000 to save our flagship Steve Irwin—less than two weeks after the launch of our SOS! - Save Our Ship fundraising campaign! Thank you to everyone who helped make it possible for us to fund a bond to release the vessel from detainment! Together, we will continue to make a difference.
As many of you are aware, on July 15, our flagship vessel the Steve Irwin was detained in the Scottish Shetland Islands pending our ability to fund a bond we estimated to be in the amount of USD$1,411,692.87. The detainment was ordered by British courts due to a civil lawsuit brought against us by Maltese fishing company Fish and Fish Ltd.
The British court set the bond today at £520,000 (approximately USD$846,290). Thankfully, we were able to post the bond earlier today, and the Steve Irwin will soon depart to the Faeroes for Operation Ferocious Isles. The Steve Irwin will join the vessel Brigitte Bardot and her crew, who are already onsite defending pilot whales.
I sincerely thank everyone who donated to help Save Our Ship. Your help enabled us to Free the Steve. However, despite everyone’s best efforts we didn't quite raise the entire amount and had to cut into our already scarce budget to meet the bond amount and Free the Steve. We face the ongoing costs of Operation Ferocious Isles, the transit of our vessels from the northern hemisphere to the southern for Operation Divine Wind, and then the cost of that Antarctic Whale Defense Campaign as well. We are all on the same crew, despite our different roles and varying locations. We all feel that inner drive to protect innocent lives and ecosystems, and I know many of you have given what you can— but please keep your donations coming in. Without your help, we cannot continue this important work.
We are in a war to save our oceans from ourselves, and if we lose, we all lose because if the oceans die, we all die – it’s as simple as that. Thank-you!
For Our Oceans and for the Steve Irwin,


Captain Paul Watson
Founder and President

 

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Faza uskrzydlenia





Przyleciał do mnie motyl
I wszystko opowiedział
Że latał nad łąką,
Że grzało go słonko
Że w rosie lusterko,
Że romans z biedronką
Że mgliście i dżdżyście
Że wreszcie kwieciście
Przyleciał i odleciał
Uskrzydlony na chwilę




niedziela, 7 sierpnia 2011

(Od)ważna książka

Czytam zapowiadaną przez Wysokie Obcasy i publikowaną fragmentami tamże (od)ważną książkę - Seks na wysokich obcasach. Coś w rodzaju wywiadu, a raczej rozmowy-rzeki między Alicją Długołęcką, edukatorką seksualną, a Pauliną Reiter, dziennikarką WO. Do tego wyśmienite rysunki Agaty "Endo" Nowickiej. Publikacja ważna zwłaszcza dla tych, którzy odpowiadają już nie tylko za swoją kobiecość (myślę o matkach, których nastawienie do ich własnej kobiecości rzutuje w bardzo znaczącym zakresie na postrzeganie kobiecości przez ich córki). Tłumacząca,  czym się różni łobuzerska Pippi od zróżowiałej księżniczki i której z nich będzie ciekawiej w życiu. Dlaczego warto rozwijać wewnętrzną Pippi, a córce czasem pozwalać wisieć na trzepaku czy przełazić przez płot. Publikacja odważna i to bardzo, bo w sposób delikatny i subtelny poruszająca najszczelniej opakowane tematy i punkty tabu. Wyjaśniająca, dlaczego lubimy czytać Anaïs Nin i Henry Millera, skąd w nas potrzeba przegadania tego czy owego nie z partnerem, ale z przyjaciółką właśnie. Znajdziecie tu też słów parę o tym, jak istotna dla związku jest na przykład wzajemna kontemplacja ciał i na czym polega taoistyczna wymiana energii, nie mówiąc o takich oczywistościach jak otwieranie kobiecego kwiatu czy kontrola męskiego pożądania. Dobra lektura na czas "gdy nie ma w domu dzieci"... O srom-otnych historiach bez-wstydnie.      

sobota, 6 sierpnia 2011

Kocham słoneczniki



Przede wszystkim bardzo lubię ich francuską nazwę: le tournesol. Nasze polskie określenie podkreśla rdzeń „słonce”, francuska wersja  raczej kładzie nacisk na „tourner” – obracać. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wielkie pola słoneczników we Francji, najbardziej ujął mnie ukłon tych dorodnych i wyniosłych wydawałoby się kwiatów. Wszystkie, jak jeden, pokornie pochylały swe główki ku słońcu. Nie trzeba było kompasu, by wiedzieć, gdzie jest południe. Kiedy francuskie słonecznikowe pola oglądałam dwa lata temu, a było to niestety nieco późniejszą porą, już po ich rozkwicie, to stały takie umęczone, podsuszone, brunatno-szare i smutne. Zawiedzione jakieś, może końcem lata?


*

         Posiałam w tym roku sporo słoneczników. Chciałam, by przed domem było odrobinę śródziemnomorsko, Van Gogh by się ucieszył. Niestety czerwiec był suchy, czasu na podlewanie nie miałam. Potem nadeszła polska pora deszczowa. I widzę, że uchował się jeden, słownie jeden słonecznik. Może zdąży zakwitnąć?  






Posted by Picasa

piątek, 5 sierpnia 2011

Kłopoty polskich podróżników


Porządkując prasę napotykam przerażające wiadomości, zresztą w tym dzisiejszym świecie powinniśmy się już chyba do wszystkiego przyzwyczaić…
Najpierw szokująca informacja o kajakarzach z Trójmiasta. Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz  pojechali na fajne wakacje, z których nie powrócą. Spływali rzeką Ukajali w Peru nie naruszając niczyich praw ni obyczajów. Peruwiańskie człowieki wzięły broń i strzeliły, potem podzieliły się ekwipunkiem kajakarzy (m.in. przewodnikiem po Peru i kosmetykami), a ten, który strzelał powiedział niewinnie: „ja nic mnie wziąłem, ja tylko zabiłem! (więcej informacji wyborcza.pl, wyd. 16-17 lipca 2011).
Dzisiaj w GW piszą o poznańskim podróżniku, Macieju Pastwie, który pojechał kopać studnie głębinowe i budować szkołę w środkowej Afryce. I co? Trafił do aresztu, nie chciał dać łapówki zatrzymany do kontroli drogowej. Maciej Pastwa, wyjaśnijmy, jest nie tylko podróżnikiem, ale przede wszystkim współorganizatorem sztafety ku pamięci Kazimierza Nowaka, poznaniaka, który w międzywojniu samotnie przedarł się rowerem i pieszo przez Afrykę. Sztafeta kończy się w tym roku, oby z udziałem Pastwy. Więcej tu: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,10065685,Poznanski_podroznik_w_afrykanskim_areszcie.html  
tu: www.AfrykaNowaka.pl
i tu: www.pastwa.eu  

czwartek, 4 sierpnia 2011

Bobrzątka i gomółka sera


Zamiast rybek, mieliśmy wczoraj żarełko w stylu cantry, klasyczny wiejski serek krowi z pobliskiego gospodarstwa, przy okazji dzieci dowiedziały się, co to gomółka ;-). Zamówiliśmy jeszcze osełkę masła i szkopek maślanki :)



A poniżej zapowiadane wczoraj bobrzątka, głośno mlaskając obgryzają konary wystającego z wody drzewa: 



I oto kolejne, spłoszone liści szelestem odpływa z kadru:


Tu ostało się ino jedno, cmokaniem i piskiem nawołuje pozostałe. Może rodziców szuka? Tych, jakoś nie widać, może obgryzają coś na lądzie? Pamiętacie te "ołówki" z poprzedniej opowiastki o bobrach? Tego raczej nie zrobiły maluchy.

Posted by Picasa

Co ciekawe, tutejsze bobry nie budują żeremi (a może je tak dobrze ukrywają?), tylko podziemne jamki. Tamy też jakoś nie widać. Ciekawe zatem dokąd znoszą wszelkie pościnane ostrymi ząbkami młode drzewka? Pewnie gdzieś w trzcinach mają ukryty skrzętnie przed człowiekami swój bobrzy zakątek. Może nim minie lato uda nam się go po cichu wytropić. Jak znajdziemy, Wam pokażemy, przynajmniej fotki.  

środa, 3 sierpnia 2011

Żurawie i ... ryby.


A jednak żurawie też tu są! Się pokazały wreszcie! W najmniej spodziewanym momencie, gdy chłopcy poszli łowić kolację i prędzej w wędkarskim skupieniu spodziewali się bobrów, patrzyli raczej w wodę niż w niebo. Ale my, kobiety – jak mawia moja Mała Złotowłosa, choć podjechałyśmy rowerami zobaczyć, jak chłopcom idzie, miast w wodę, patrzymy w niebo. I warto było. Właśnie nadleciały trzy majestatyczne spore ptaki i równie nagle się oddaliły. Chłopcy łowią dalej (chyba dziś poczęstujemy sąsiadów), jak dotąd wyciągnęli z 20 uklejek (chyba uklejek? ), nie to chyba raczej płotki (mają takie czerwone podbarwienia na płetwach) i jeszcze tam siedzą, i siedzą w transie wędkarskiej cierpliwości. Oby ten spokój im został na dłużej… A ja tymczasem uzupełnię moje ichtiologiczne braki, bo od strony ornitologicznej ignorancji już się niestety ujawniłam, choć dzisiejsze żurawie mnie nieco  rehabilitują ( bo jednak tu są, a siedząc za kierownicą w ostrym zakręcie naprawdę łatwo było się pomylić). Dobrze, że ryby nie latają, łatwiej mi będzie się im przyjrzeć, gdy chłopaki wrócą ;)


P.S. Chłopcy wrócili, kolacji nie będzie. Złowili ostatecznie 48 +14 płotek. I... wypuścili do jeziora, by podrosły. No tak, sama im podsuwałam ostatnio jakieś wędkarskie pisemko z ekologicznymi hasłami "złów i wypuść". No to masz babo, placek, a raczej nie masz babo, kolacji. Dobrze, że rano od gospodarza kupiliśmy twaróg i jaja. Coś się z tego zrobi. A chłopcy, poza płotkami, patrząc w wodę wypatrzyli "boberki", czy raczej bobrzątka, podobno mlaskały i piszczały jak niemowlaki. Fotki niebawem, chociaż coś :).
    

wtorek, 2 sierpnia 2011

"Francuska" kamienica w Poznaniu. Do zburzenia.

W ramach wakacyjnego "resetowania się" rzadziej kupuję prasę. Z resztą tu, w mojej letniej kryjówce, nieco o nią trudniej. Dziś jednak kupiłam, trochę przypadkiem. I co? Wyczytałam właśnie, że w mieście, które dotąd postrzegałam jako w miarę rozsądnie zarządzane, zniknie kolejna architektoniczna perełka. Przedwojenna, narożna kamienica. Niewiele tu takich. Zazdrościmy Francuzom, że u nich tak "klimatycznie" i stylowo. Tylko, że gdyby tam, u nich ktoś ośmielił się zamienić pamiątkowy budynek na parking i budkę z kurczakami pewnie zrobiliby kolejną Rewolucję. "Wraz z wyburzeniem kamienicy na rogu Krysiewicza i Długiej zniknie jedna z najpiękniejszych poznańskich perspektyw. Z tego miejsca rozpościerał się bowiem zachwycający widok w kierunku kościoła Bernardynów. Jak w eleganckiej dekoracji teatralnej ciągi kamienic po obu stronach ulicy prowadziły nasz wzrok ku dwóm kościelnym wieżom. Tę perspektywę otwierała właśnie skazana na śmierć kamienica. By podkreślić wyjątkowość tego miejsca, dawni architekci zaprojektowali przed nią trójkątny zielony skwer z charakterystyczną kutą balustradą i schodami."   - pisze historyk sztuki Maciej Kucharski w dzisiejszym wydaniu lokalnej Wyborczej. Ale kogo dziś obchodzi ówczesna wizja miasta. Mamy nową, szkoda, że nie lepszą. Po kamienicy na początek pozostanie, jak w wierszu Białoszewskiego (gdy zabrali mu kaflowy piec),  "szara naga jama"... Żal 
P.S. Całość artykułu dostępna tutaj: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,10046049,Po_nas_zwirowy_parking__O_kamienicy_przy_ul__Dlugiej.html
P.S.2. Ciąg dalszy historii kamienicy w dzisiejszym (3 sierpnia) wydaniu GW: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36037,10052596,Kamienica_zniknie__problem_pozostanie.html