niedziela, 31 lipca 2011

Ławeczka

Nie wiadomo dlaczego zakochani i "zakłopotani" siadają właśnie tu. Dość zmyślnie wtulona w krzewy, by plecom dać dodatkowe psychiczne oparcie, z każdego boku wzmocniona bukszpanowym podłokietnikiem. Ławeczka.
Zaprasza, by odpocząć i powiedzieć to, o czym w innym miejscu myśleć nawet trudno. Wiele już widziała i wiele jeszcze usłyszy. Niektórzy na ławkach odciskają swój ślad scyzorykiem, brutalnie. A na tej ślad kredki, co dziecku za kartkę uciekła. Co z tego pamięta ławeczka?  Usiądź. Przekonasz się, co powiesz jej sam. Posłuchaj, co ona ci opowie...  Każdy gdzieś tam ma swoją ławeczkę.

sobota, 30 lipca 2011

Miodowe wakacje

Szaro, buro i ponuro za oknem. W kuchni rozchmurzają nas na szczęście nasze jarmarczne delicje : miodki ( do grzańca, do mleka, do chleba), propolis ( na wrzody, rany, przeziębienie), pyłek kwiatowy ( do posypania chlebka z miodem na przykład) i nowy zupełnie nabytek - pierzga (zakonserwowany przez pszczoły taki pyłek "z górnej półki"). Więcej na temat można poczytać tutaj: http://www.apiterapia.biz/pierzga.html



Pierzga ma ponoć bogatszy skład chemiczny i lepszą przyswajalność niż pyłek, jest czymś w rodzaju sfermentowanego pyłku. Taki pszczeli odpowiednik naszej kapusty kiszonej. Zalecana podobno m.in. przy przemęczeniu, cukrzycy, chorobach jelit i nadciśnieniu.



Czego to te pszczoły nie wymyślą, choć takie niepozorne ... Francuzi skarżą się ostatnio, że u nich pszczół nie wiedzieć czemu ubywa. Mam nadzieję, że nasze krajowe mają się dobrze ...

czwartek, 28 lipca 2011

Kolorowe jarmarki i ... jeże


Nasze wakacyjne pobliskie miasteczko leży na polskim odcinku Szlaku Św. Jakuba. Tym samym, prawie każdego roku, o ile jesteśmy w okolicy,  mamy okazję poszperać po jarmarcznych straganach. A w polskim pejzażu produktów regionalnych odpustowe jarmarki i dożynki to nieliczne okazje, kiedy tego, co lokalne i dobre, nie trzeba ze świecą szukać. Tak było i tym razem.



Dzieciaki oczywiście zaczęły ciągnąć ku pstrokatej i plastikowej chińszczyźnie, ale na szczęście dość szybko udało się przekierować ich uwagę na obiekty atencji godniejsze. No i wydaliśmy trochę grosza, ale z poczuciem, że wspieramy lokalną przedsiębiorczość, a nie chiński import, i kupionych przedmiotów wstydzić się raczej nie musimy. Oto kilka z nich, zobaczcie sami, jak tam było ciekawie, koloryt lokalny nie dał się przytłumić. I najważniejsze! Nie zabrakło jeży ;)  
z siana


i z wosku ...


  Posted by Picasa

I miód był! W rozmaitych postaciach. Ale o tym jeszcze sporo napiszę, obiecuję. 
    

Posted by Picasa

Co u jeży ?

Zajrzeliśmy na chwilę do naszego Jeżątkowa, a tu cisza. Gniazdo owszem stoi, deszczom się oparło, na opuszczone nie wygląda, ale jakoś nic nie szura  i nie szeleści wokół. Mam nadzieję, że jeżyki tylko eksplorują świat ogrodu i że za daleko, na ulicę na przykład, się nie zapuściły ... W poszukiwaniu tropu jeżyków, wytropiliśmy sąsiadów, tych samych, co onegdaj jeżową z fontannowej opresji uratowali. I oto ich odpowiedź:

Niedawno widziałam jeżyki harcujące na naszym trawniku bardzo późną porą. Trudno powiedzieć czy to były młode, może już trochę zdążyły podrosnąć. Kilka razy ponownie znaleźliśmy je w ich "ulubionym miejscu". To były młode. Zachwycaliśmy się nimi ... Miło mieć takich gości  :)


Miło mieć takich sąsiadów :-)

wtorek, 26 lipca 2011

Lektura obowiązkowa na wakacje, a raczej przed wakacjami, o przemyśle wakacyjnym traktująca


Istotą podróżowania jest przecież odkrywanie świata i siebie
Marek Kamiński

Czytam własnie reportaże Jennie Dielemans, zebrane w tomik Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym. O tej cennej publikacji czytałam w  WO (www. wysokieobcasy.pl) i w nowym miesięczniku (?) Książki. Magazyn do czytania. I w końcu kupiłam, by przeczytać. Tak jak się można było spodziewać, już po wstępnej lekturze ( na razie połknęłam tylko pierwszych 20 stron), długo się zastanowię, nim wsiądę do samolotu ( no, chyba że niczym innym sie nie da, bo za daleko), czy wybiorę w miejsca w stylu tych opisywanych we wspomnianej publikacji. Generalnie jakoś podskórnie unikałam takich turystycznych gett, gdzie za płotem skrzeczy szara  i biedna rzeczywistość będąca codziennością dla tych, którzy odświętnie ubrani w wyjściowy strój ludowy uśmiechnięci podają nam drinka. No i nie lubię zorganizowanych wyjazdów, kiedy koloryt lokalny poznać mogę tylko w wersji podanej przez przewodnika. Każdy przecież inaczej odbiera to, co widzi.
Kiedyś pewni znajomi pokazali mi ich zdjęcia z wakacji - na każdym była kawiarenka pod palmami, plaża, taka wytresowana, oczyszczona z tubylców, no i uwaga, że poza teren dla gości lepiej nie wychodzić. Dlaczego? Bo tam dalej za hotelowym płotem brudno, biednie i brzydko pachnie. A przecież gość hotelowy zapłacił, by wszędzie było ładnie, czysto, pachnąco. I tylko nie mogę sobie przypomnieć skąd były te ich zdjęcia, takie parasole, kawiarenki, palmy są w każdym cieplejszym kraju.  
Autorka "Witajcie w raju" zauważa, że większość pieniędzy z hoteli all - inclusive i tak wraca przede wszystkim do Europy. Lokalsom zostają ochłapy, fura śmieci i zniszczony pejzaż. Turystyka w stylu " zapłaciłem i należy mi się" to w sumie taka inna forma kolonizacji. Wykorzystać, co się da, pochwalić się po powrocie, gdzie to się nie było, a że potem te wyeksploatowane turystycznie miejsca już nigdy tak urocze nie będą jak były przed "odkryciem", że takich nieodkrytych miejsc już prawie nie ma, to jakoś tych "turystów" nie obchodzi.
*
Oglądam uważnie nasze jezioro po minionym weekendzie, bo coś brzydko zawiewa. Na brzegu znajduję jedną padłą ukleję, potem drugą, kolejną... Pies kręci się niespokojnie, też mu coś nie pasuje... A że nas tu chwilowo nie było, zasięgamy języka u sąsiada. A on na to, że zawody wędkarskie były, że za dużo ryb na raz ludzie odłowili, część się podusiła w siatkach czekając na ważenie, by wędkarz mógł zdobyć więcej punktów... Ech, te człowieki ...

sobota, 23 lipca 2011

Żuraw czy czapla?

Padać dziś nieco przestało, a siwe ptaszyska dalej paradują po podmokłej łące. Oglądam fotki w powiększeniu i widzę obraz mojej ignorancji ornitologicznej. Toż to nie żurawie, tylko czaple siwe! To, co doczytałam w blogu http://plamkamazurka.blox.pl/2008/04/Czapla-siwa.htm,, potwierdziło moje przeczucia. Jako rekompensata wiersz Brzechwy* (może jemu też się te ptaki mieszały?), życiowo niezdecydowanym dedykuję: Jan Brzechwa, Żuraw i czapla


Przykro było żurawiowi,
Że samotnie ryby łowi.
Patrzy – czapla na wysepce
Wdzięcznie z błota wodę chłepce.
Rzecze do niej zachwycony:
„piękna czaplo, szukam żony,
Będę kochał ciebie, wierz mi,
Więc czym prędzej się pobierzmy.”
Czapla piórka swe poprawia:
„Nie chcę męża mieć żurawia!”
Poszedł żuraw obrażony.
„Trudno. Będę żył bez żony.”
A już czapla myśli sobie:
„Czy właściwie dobrze robię?
Skoro żuraw tak namawia,
Chyba wyjdę za żurawia!”
Pomyślała, poczłapała,
Do żurawia zapukała.
Żuraw łykał żurawinę,
Więc miał bardzo kwaśną minę.
„Przyszłam spełnić twe życzenie.”
„Teraz ja się nie ożenię,
niepotrzebnie pani papla,  
Żegnam panią, pani czapla!”
Poszła czapla obrażona.
Żuraw myśli: „Co za żona!
Chyba pójdę i przeproszę…”
Włożył czapkę, wdział kalosze,
I do czapli znowu puka.
„Czego pan tu u mnie szuka?”
„Chcę się żenić.” „Pan na męża?
Po co pan się nadweręża?
Szkoda było pańskiej drogi,
Drogi panie laskonogi!”
Poszedł żuraw obrażony,
„Trudno. Będę żył bez żony.”
A już czapla myśli: „Szkoda,
Wszak nie jestem taka młoda,
Żuraw prośby wciąż ponawia,
Chyba wyjdę za żurawia!”
W piękne piórka się przybrała,
Do żurawia poczłapała.
Tak już chodzą lata długie,
Jedno chce – to nie chce drugie,
Chodzą wciąż tą samą drogą,
Ale pobrać się nie mogą. 


(*cytat za witryną http://www.dzieci.bci.pl/strony/ptaki2/i_czapla.htm, bo nie wiem jak u Brzechwów z prawami autorskimi )

i na dokładkę rymowanka z płyty Jerzego Stuhra dla dzieci:

Chodziła czapla po desce, opowiedzieć ci jeszcze?
Chodziła czapla po desce, opowiedzieć ci jeszcze? 
Chodziła czapla po desce…



Dzieciaki bardzo to lubią!

piątek, 22 lipca 2011

Deżdż*

Jego Leniwość Kot nie chce mi ustąpić miejsca w moim ulubionym fotelu. Za oknem pachnie deszczem, w dach pukają krople, a my niegościnnie nie wpuszczamy ich do domu odwracając się do deszczu plecami. Na pobliskiej łące sterczą zmoknięte żurawie, nawet nie wiedziałam, że tyle ich tutaj. Imbir się skończył, rozgrzewamy się rosołkiem wspomaganym tym, co wyrosło w przydomowej wersji wersalskiego ogrodu ( spolszczona wersalskość tego ogródka polega na łączeniu warzyw i roślin przyprawowych z kwiatami, bukszpan rośnie nieopodal, zatem wszystkie elementy są zachowane). Dzieci stają się „przytulne”, oczekują zwiększonej dawki opowieści na niepogodę. Idziemy poczytać. 


*jak podaje poradnia językowa PWN (http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id=6336):
Wyraz deżdż był wymawiany tak, jak to wynika z zapisu, czyli z dźwięczną grupą spółgłoskową żdż, która następnie ulegała ubezdźwięcznieniu (jeśli była w wygłosie, tzn. na końcu wyrazu). Stąd deżdż > deszcz, ale: dżdża, dżdżu... Powstały więc formy supletywne, temat mianownika różnił się zdecydowanie od tematu przypadków zależnych. Później ukształtował się nowy model odmiany, dostosowany do mianownika, tzn. deszcz, deszczu, deszczowi... A dawny temat przetrwał już tylko szczątkowo, m.in. w przymiotniku dżdżysty czy rzeczowniku dżdżownica. (…) Krystyna Długosz-Kurczabowa, Uniwersytet Warszawski

czwartek, 21 lipca 2011

Nie tylko igły, tym razem znów nie o jeżach

Od czasu do czasu robimy z dzieciakami paczki, głównie medyczne (dlaczego medyczne napiszę kiedyś). Dla murzynków z Somalii. Teraz okazuje się, że przede wszystkim potrzeba im jedzenia, no i pieniędzy. Oto link do warszawskiej siedziby fundacji http://fundacjadlasomalii.org.pl/?p=1368 , za zainteresowanie dziękuję wszystkim, którzy chociaż zajrzeli na jej stronę.   

Sea Shepherd, czyli poważna historia o dobrych piratach na prośbę Młodego Człowieka napisana

Zaczęło się od bobrów. Wpadł taki jeden z drugim w sidła i miał szczęście, że blisko był właśnie on, Paul Watson. Człowiek, który dorastał nigdy nie rozstając się z wodą w jej najniebezpieczniejszym wydaniu, pływając tam, gdzie tajfuny i góry lodowe. Potem założył Greenpeace, ale gdy się zorientował, że akcja kończy się na hasłach i okrzykach, postanowił założyć organizację, która posunie się dalej. Nie tylko będzie wzywać do zaprzestania działań niszczących Ziemię i jej zasoby, ale przede wszystkim spróbuje te działania powstrzymać. Tak się zaczęła przygoda z Sea Shepherd. Więcej o ich działaniach, dziś głownie skierowanych w obronie wielorybów i fok,  można się dowiedzieć stąd: www.seashepherd.org. Wg portalu ekologia.pl w 2000r. uznano go największym przyrodniczym bohaterem XXw. Dziś Paul Watson wykłada na uczelniach całego świata, przez pewien czas był też profesorem ekologii w Pasadenie. 
 Właśnie dostałam maila z prośbą od Kapitana Watsona. W odwecie za akcję w obronie nielegalnie odławianego tuńczyka błekitnopłetwego, w piątek 15 lipca 2011r.  zaaresztowano mu statek. Legendarny Steve Irwin stoi w Lerwick, w Szkocji.       
                                                                                       
PS. Jeśli do tego dodać niedawno emitowany w Polsce film dokumentalny Zatoka delfinów (The Cove), przekonać się można jak okrutne i homocentryczne potrafią być człowieki. http://www.filmweb.pl/Zatoka.Delfinow. Refleksyjna jest pointa filmu, która brzmi mniej więcej tak: szukamy form wyższej inteligencji na innych planetach, tymczasem niszczymy tę, która  jest obok nas- delfiny podobno rozumieją nasz język, ale my ciągle nie potrafimy zrozumieć ich mowy. Warto też zajrzeć tu: http://www.blog-les-dauphins.com/

wtorek, 19 lipca 2011

Stary budzik

Robiłam dziś sezonowe porządki, w głębi półki znalazłam zakurzony, zapomniany budzik. Taki na sprężynę, budzik który trzeba nakręcać. Kiedy tylko sprawdziłam, czy będzie miał siłę zadzwonić, niezawodnie zadryndał. Niezapomnianym dźwiękiem z siódmej rano, gdy trzeba było wstawać, a fabuła snu stawała się najciekawsza. Na dźwięk budzika obsiadły mnie zdziwione dzieci, zaskoczone, że budzik mój stary baterii nie ma, nawet słonecznej, a chodzi. No to pochyliliśmy się nostalgicznie nad zegarmistrzowskimi historiami, opowiadając jak kiedyś zegarek był takim etapem przejścia dla małego człowieka - mieć zegarek i znać się na zegarku, to było trochę tak jak przesiąść się z czterokołowego rowerka na składak i jechać drogą razem z dorosłymi. 
Zegary z baterią nie mają duszy, niestety. Są takie „tylko do odczytu”, nie przypominają o sobie potrzebą codziennej czułości w postaci nakręcania. Przy moim biurku pobrzmiewa teraz kojące tik-tak, tik-tak. Posłuchajcie czasem starych zegarów…

sobota, 16 lipca 2011

Zapachy lata

Kiedyś, w Prowansji, zobaczyłam po raz pierwszy kwitnące pola lawendy. Równiutko, prostopadle grządka w grządkę, spływały pachnącym fioletem po nierównościach, jakie proponowała im wygrzana słońcem ziemia. W każdym mieście i miasteczku kupić można było eteryczne olejki lawendowe, lawendę w saszetkach, czy same saszetki przeznaczone do drobno pociętych kwiatuszków lawendy z tzw. zbiorów własnych. Kojący zapach był wszędzie.
Kilka lat później, imponująco wielkie, wachlarzowo rozłożone krzewy lawendy dosięgły mnie swym zapachem nad Morzem Śródziemnym, tam akurat posadzono je tuż przy nabrzeżu, przy samym wejściu do kabin prysznicowych, w miejscu niezbędnym dla wysuszonych słońcem ciał z białym nalotem soli morskiej. Lawenda rosła tak, że przechodzący nie mogli jej nie trącać, a poruszona pachniała jeszcze bardziej.
Gdy wróciłam do Polski, w ogrodzie, przy schodach z tarasu posadziłam dwa krzaki lawendy. Niebawem także moje rośliny nawet lekko muśnięte dotykiem mijającej je osoby orzeźwiającym zapachem manifestowały swą obecność. Mimo surowości naszych niektórych zim, lawendy rozrosły się dumnie. Delikatnie okrywane zimą, regularnie przycinane po zebraniu kwiatów. Gdy kwitną, oba krzaki prawie zlewają się ze sobą pozostawiając wąziuteńki przesmyk na przejście. A kwitnąc dają bardzo mało czasu na ścięcie kwiatów w ich właściwym czasie, czyli w pełni ich intensywnego zapachu. Trzeba to zrobić nim jeszcze otworzą się pąki, ewentualnie, gdy otwierają się nieśmiało. Trochę wtedy żal mi tych krzewów, ale jeśli zostawię je w ich fioletowo-kulistej harmonii, to za dzień, dwa, znikną grające wokół kwiatów owady, a w miejsce drobnych kwiatuszków pojawią się jeden po drugim przekwitłe szaro-bure ogryzki, które aż chce się wyrwać pęsetą, by nie psuły urody pozostałego kwiatostanu.
Właśnie ścięłam tegoroczną lawendę. Mało jej w tym roku, mrozy dość mocno jej dokuczyły. Większość kwiatków pocięta drobno trafi do przygotowanych już saszetek. Część żniwa pięknieje w wazoniku lawendowym fioletem kwiatków odcinając się wyraźnie od szarawej aksamitności liści i łodyg. Na rękach został mi jeszcze wonny ślad śródziemnomorskiego lata.
Posted by Picasa

piątek, 15 lipca 2011

Kulinaria najprostsze pod słońcem

Podobno wg taoizmu najzdrowszym pożywieniem jest to regionalne, konsumowane w regionie, w którym wyrosło (niby logiczne, odpada transport), jest nieprzetworzone i najlepiej, by było spożywane „w sezonie”. To ostatnie kryterium dotyczy oczywiście  tego, co rośnie, czyli z natury jest najbardziej zdrowe (chyba, że człowieki mu czegoś dosypały, by było równiejsze, gładsze itp.).Zatem w typowy lipcowy poranek, nieupalny a dżdżysty ( podobno w naszym kraju właśnie w lipcu pada najwięcej), zachciało nam się czegoś dobrego a prostego. W pobliskim tutejszym sklepie znaleźliśmy morele, gruszki i jogurt. Augustowski. W takim ciekawym pudełku z żeglarskim motywem i bez żadnych wyróżnień typu „teraz Polska”, czy produkt roku któregoś tam. A jaki pyszny! Z krótką datą ważności, co może tylko utwierdzać w przekonaniu, że konserwantów rzeczywiście w nim mało lub wcale. W konsystencji przypominający gęste jogurty śródziemnomorskie. Inne pozytywne skojarzenie z tym jogurtem to zsiadłe mleko, które onegdaj serwowała nieżyjąca już moja babcia. Zsiadłe mleko, które można było niemal kroić nożem. Zupełnie jak ten jogurt. A na sklepowej półce był taki niepozorny, przysłonięty pseudomlecznymi produktami, których cena wzrastała proporcjonalnie do ilości dodanych chemicznych substancji.
Nie udało mi się tu jeszcze znaleźć dobrego mazurskiego piwa, za krótko tu jesteśmy, ale za to ten jogurt… mniam!
      Polaliśmy jogurtem umyte i pokrojone owoce, no i wyszła z tego, jakby to określił nasz hiszpański przyjaciel „macedonia de frutas à la polonaise”. Polecam, nie tylko na dżdżyste lipcowe poranki.    

środa, 13 lipca 2011

Poczytaj mi, mamo

Pamiętacie? Dawno, dawno temu, kiedy byliśmy mali, była taka seria cienkich, kwadratowych książeczek. Z krótkimi bajeczkami, żeby mama nie nabawiła się chrypki czytając zbyt długo J. I znowu są! Bajki z poczytaj mi, mamo. I to w jednym tomie. Ma być jeszcze kolejny. Kupiłam. Czytam dzieciakom i trochę też sobie J.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Łódeczka

W stanicy jachtowej stoi sama. Wyblakła, ale jeszcze widać, że zielona. Taka tutejsza. Wysmagana wiatrem, wypłukana deszczem. Niepodal VIP-asione, w słońcu błyszczące jachty, z wypiętym ku słońcu masztem a podkulonym żaglem. Do łódeczki podchodzi człowiek. Zmęczona, ogorzała twarz, jasnobłękitne oczy. Zerka ku niebu. Dziś nie wypłynie. Woda uczy pokory.

czwartek, 7 lipca 2011

Magnetyzm wody / Le magnétisme de l’eau


pour le Capitaine de Cherch’où L.S.



Znowu pada rzęsiście. Świat przysłonięty deszczową kurtyną. Ale jakoś nikt stąd nie wyjeżdża i nie zostawia jachtów na (nie)łaskę (nie)pogody. Swoją drogą ciekawe skąd w człowieku taka potrzeba kontaktu z wodą. Może to jakaś tęsknota za kołysaniem sięgająca pamięcią wód płodowych?
Płynąć i płynąć, pokornie poddając się podmuchom wiatru i łagodnemu kołysaniu fal. Żagle, wiatr i woda, czegóż chcieć więcej? I jeszcze szum. Szum pomieszany. Łopot żagli w rozmowie z wiatrem. Albo koncert masztów w przystani, gdy obudzi się mistral. Wtedy tylko glin-glin, glin –glin, a potem cisza…


De nouveau la pluie tombe dru. Le monde est couvert par le rideau pluvieux. Pourtant personne ne bouge ni ne laisse de yachts à la disgrâce du mauvais temps.
D’autre part, d’où vient ce curieux besoin humain, du contact avec l’eau. C’est peut-être une nostalgie qui renvoi au liquide 
amniotique? 
Nager, nager sans fin, se rendre au souffle du vent et au doux bercement des vagues. Les voiles, le vent et l’eau, quoi désirer de plus ?  Et encore la rumeur de la mer. Le murmure melangé des clapots. Les voiles en discours avec le vent et un concert des mats dans le port à la levée du mistral. 
Puis, rien que gling-gling et, le silence.

Posted by Picasa

wtorek, 5 lipca 2011

Cuda wianki



Spotkałam nad jeziorem kobietę. Niosła wianek i spiesznym krokiem podążała ku ognisku nad jeziorem. Wianek był śliczny, same polne kolorowe kwiaty. Zaczepiłam kobietę, pochwaliłam wianek. A ona odparła, że … skończyła jej się bibuła i styropian, więc zrobiła tylko z tego, co rosło za płotem. Teraz zastanawia się, czy to przejdzie w konkursie na wianki. Z ciekawości poszliśmy na ognisko, tam rzeczywiście konkurs wianków. Wszystkie na styropianie, bo podobno lepiej i dalej płyną…
Wracając ze spaceru uplotłam wianek z polnych kwiatów. Bez styropianu. I wisi na ścianie, nie tonie :-)


Posted by Picasa

poniedziałek, 4 lipca 2011

Imbir na niepogodę

Pada. Pada i pada. Jachty przysnęły w przystani i czekają cierpliwie na odpowiedni, spokojniejszy wiatr. Na jeziorze tylko kaczki, zabłąkany łabędź i wszędobylskie mewy. Dziś zimno. Słońce obrażone. Dodam kawałek imbiru do herbaty. Nabierze wyrazu, pomoże przeczekać tych parę godzin do słońca.  

sobota, 2 lipca 2011

Antychryst z Wągrowca

Jest takie miasteczko w Wielkopolsce, które wjeżdżającym w jego obręb zapowiada szyldem, że jest to „miasto Jakuba Wujka”, tego od przekładu Biblii. Tymczasem, gdy głębiej poszperać się okazuje, że nie tylko Jakub Wujek się z Wągrowca wywodzi, ale także z miasteczkiem tym związał się nieszczęśliwie dla niego samego Stanisław Przybyszewski. Urodził się co prawda w Łojenie, potem uczył się w gimnazjum w Toruniu, gdzie jednak za dużo rozrabiał, więc rodzice przenieśli go do Wągrowca, do rodziny. Tam brylował znajomością niemieckiego, wiersze pisywał i zakochiwał się w nobliwych pannach. Stamtąd wyjechał na studia do Berlina, na architekturę, bo medycyny nie chciano mu sfinansować. Stamtąd, po latach, pojedzie za nim do Berlina, też z Wągrowca, Marta Foerder, by zostać „jego własną, domową kobietą” i źródłem problemów, bo nijak do życia Przybyszewskiego nie przystawała, urodziła mu jednak troje dzieci, w czwartej ciąży popełniła samobójstwo. A w Berlinie właśnie skrzyżowały się drogi Przybyszewskiego i zjawiskowej Dagny Juell, później Przybyszewskiej, też na jej nieszczęście. Bo do Berlina przyjechała za swoją miłością, Edwardem Munchem, poflirtowała sobie ze Strindbergiem, a wyjechała zakochana po uszy i to do końca życia w Przybyszewskim właśnie. Dzisiejsze Wysokie Obcasy piszą o jej podwójnym pogrzebie i burzliwym życiu. O kochankach jego i jej, no i o tragicznym końcu Dagny. Lekturze polecam (Wysokie Obcasy nr 26 (629) lub www.wysokie obcasy.pl ).