niedziela, 25 sierpnia 2019

Pies i jego człowiek

Jak wiadomo życie psa sprzężone jest mocno z człowiekiem, właściwie od momentu, kiedy ludzie ten gatunek zwierząt sobie podporządkowali i od siebie uzależnili. Efekt jest taki, że człowiek bez psa sobie jakoś poradzi, pies opuszczony przez pana skazany jest na (nie)łaskę losu.
Miałam ostatnio okazyjnie do czynienia z pewną wytworną i niezwykle inteligentną suczką. Od pewnego czasu Sunia zaczęła chorować. Na brzuszku pojawił się całkiem spory guz, raczej nieoperowalny z racji słusznego, wykraczającego już poza ramy mediany żywotności tej rasy, wieku psiaka. Za każdym razem gdy u nas gościła, gdzieś z tyłu głowy mieliśmy obawę, czy u nas przypadkiem swojego psiego żywota nie zakończy i jak wtedy spojrzymy w oczy właścicielce. Sunia jednakże za każdym razem wyjeżdżała od nas jak po wakacjach w psim SPA.


Tymczasem zachorowała jej Pani. Choróbsko zaatakowało nagle i szybko, podstępnie i z ukrycia. Gdy Pani odchodziła Sunia wyglądała na obrażoną. Nie chciała się z Nią pożegnać, jakby manifestacyjnie chciała powiedzieć: nie tak się umawiałyśmy, ja miałam odejść pierwsza, tego nie robi się psu... 

poniedziałek, 13 maja 2019

Rośliny graniczne


Spacerując z psem ma się wiele okazji do ogrodowych obserwacji i refleksji. Można spotkać przylegające do siebie ogrody oddzielone lub połączone roślinami. Można znaleźć sąsiedzkie płoty obustronnie czule oplecione wisterią,  ale można też spotkać majestatyczną, ale rozdartą magnolię, rosnącą zbyt blisko płotu sąsiada, który widocznie kwietnego parasola nie lubi i po swojej stronie brutalnie się z nią rozprawił. Ta magnolia to bardzo stary i piękny okaz, najwyraźniej z dobrymi, przedwojennymi genami, widzę bowiem, że atak barbarzyńców dzielnie przetrwała, a swoje kwiaty jak uśmiech posłusznie kieruje ku oknom właściciela ogrodu, na którym ją posadzono. Czasem wiatr zwiewa jej opadłe płatki za nieżyczliwy dla niej płot przypominając o pozostałych na roślinie bliznach po brutalnym cięciu.


Znamienne jest też to, że na archiwalnych zdjęciach ogrodów, które mam przyjemność codziennie oglądać są rośliny, które miały cieszyć owocami, zachwycać kwiatami, ale przede wszystkim nie były ukryte przed światem i słońcem. Ostatnio ciągle trwa etap o(d)gradzania i tym samym likwidacji szlaków wytuptanych przez drobną zwierzynę - jeże np. Cmentarne tuje też jakoś nie chcą się wyprowadzić z ogrodów, a zasłonięte nimi kwiaty wzdychają do słońca.


Gdy byłam dzieckiem bardzo fascynowały mnie rośliny rosnące na ziemi niczyjej, niechcianej, zapomnianej lub odgradzającej teren, na którym rządzi człowiek od obszaru dzikiej flory czy też od granic ziemi przynależnej do innego człowieka. To własnie tam, w obszarze roślin pozostawionych na wolności znaleźć można było najciekawsze bukietowe okazy. Dzisiaj niestety większość czasu spędzam w coraz bardziej zabetonowanej przestrzeni miasta, ale tym tym większą radość sprawia mi widok roślin, które wymknęły się spod kontroli człowieka. Niedawno znalazłam śliczne ogrodowe fiołki, które przecisnęły się między płytami chodnika w bardzo ruchliwym punkcie miasta. Nielegalni ogrodowi emigranci. 

poniedziałek, 25 lutego 2019

Wojna i medycyna


O wojnie napisano już chyba wszystko, ale to jak i o czym pisze Lang, jest dość szczególne, chociażby przez wzgląd na obszary, których dotyka. Na podstawie rozmów z ostatnimi żyjącymi świadkami, na bazie ocalałej dokumentacji medycznej, zachowanych dokumentów urzędniczych i wspomnień, Hans Joachim Lang, wykładowca antropologii kulturowej, historyk i dziennikarz buduje wstrząsającą opowieść o nieludzkich eksperymentach badawczych przeprowadzanych na żydowskich kobietach w Auschwitz. Wśród tych kobiet była skrzypaczka, Alma Rosé, siostrzenica Gustava Mahlera. To dzięki niej grozę czekania na śmierć rozjaśniały z ukrycia dźwięki skrzypiec przypominając o innej, normalnej rzeczywistości, przywołując człowieczeństwo w wysublimowanej formie, tak nieprzystającej do obozowych realiów. Obozy zagłady były szczególnym sprawdzianem etyki lekarskiej i weryfikacją prawdziwego człowieczeństwa. Lang pokazuje bezduszność i okrucieństwo, do jakich byli w stanie posunąć się lekarze, by ugruntować i rozwinąć swoją „karierę naukową”, mając wtedy szczególną władzę nad życiem ludzi. Swoją przewagę wykorzystywali zarówno w stosunku do personelu medycznego, jak i pacjentów, stawiając tych ostatnich przed alternatywą: eksperymenty albo komora gazowa. Tak oto pod przykrywką badań medycznych, wcześniej weryfikowanych na zwierzętach, udało się realizować program sterylizacji ludzi „niegodnych prokreacji”. Działania te wpisywały się w „nowatorską”, nieoperacyjną realizację ustawy o zapobieganiu chorobom dziedzicznym, dlatego też zdarzało się, że przy stole operacyjnym … fryzjer zastępował lekarza, by autorska metoda masowej sterylizacji prof. Clauberga nie została ujawniona przed publikacją. Jak relacjonuje Lang, zabiegi sterylizacyjne oparte były na intensywnych naświetlaniach narządów płciowych promieniami rentgenowskimi, wspomaganych zastrzykami sterylizującymi (najpierw z kontrastowym jodypinem, potem z formaliną rozpuszczoną w Neo-röntyum).

Innym, równie szokującym rodzajem doświadczeń na więźniach było badanie reakcji organizmu człowieka na wstrzyknięcia krwi odmiennej grupy. Tu „specjalistą” był bakteriolog  Bruno Weber. Pobierano też więźniom krew do produkcji suchego osocza, wykorzystywanego do testów na grupę krwi. Nie uwzględniano przy tym stanu zdrowia pacjenta, nie zwracano uwagi na duże ilości jednorazowo pobranej krwi.
Lang pokazuje również budujące postawy – francuska lekarka Adélaïde Hautval i Polka, Alina Brewda to kobiety, które potrafiły, mimo śmiertelnego niebezpieczeństwa, postępować zgodnie z zasadami etyki, a przede wszystkim pomagały więźniarkom zachować godność i wiarę w ludzi. Jak pisze Lang, kobietom udało się przetrwać to piekło pomieszane z domem wariatów  także dzięki żelaznej woli, by zachować wewnętrzną godność. W żadnym momencie nie dopuścić (...) do siebie poczucia, że jest [się] ofiarą.   
Koszmar więźniarek z tytułowego bloku 10. nie skończył się wraz z wojną. Pozostała jeszcze walka o jałmużnę zadośćuczynienia. Czekało je brutalne zderzenie z ponadczasową bezdusznością urzędników. Historii sprawdzających człowieczeństwo w ludziach Lang zgromadził wiele, wszystkie łączy jedno – można je podporządkować znanej formule Szymborskiej: tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Szkoda, że dziś, w czasach pokoju ulegamy kompromisowym wyborom, choć za wierność sobie i swoim zasadom nie płaci się  już życiem. 

wtorek, 25 grudnia 2018

Powrót Kapitana. Zamorska opowieść wigilijna.


Wcale nie za lasami, wcale nie za górami, ale tam, gdzie zaczyna się ciepłe, słone morze żył sobie pewien Kapitan. Na lądzie czuł się źle, gdy tylko mógł wypływał swoim jachtem. Z czasem pozbył się wszystkiego, co przydatne mu było na lądzie - wizytowe ubrania, czy sprzęty, którymi zwykle obrastamy w niekontrolowany często sposób. Rozdał wszystko, co na morzu nieprzydatne. Powyrywał swoją lądową przeszłość z korzeniami.

rys. Pascal Chou


 Na jachcie pisał książki, na pozór kulinarne, po bliższej lekturze bardziej kulturalne. Zwłaszcza wszystko, co dotyczyło taoizmu, od sposobu życia i odżywiania po relacje międzyludzkie, było odbiciem krainy jego chińskiego ojca. Z czasem to właśnie te ojcowskie orientalne rysy przytłoczyły jego francuskie wnętrze, co raczej nie ułatwiało mu życia w portach. Do czasu, gdy się odezwał pięknym, salonowym francuskim. Wtedy pokorniały nieco pogardliwe na początek reakcje stylowo ubranych snobów z luksusowych jachtów. Dla Kapitana najważniejszy był człowiek i jego umiejętności, do wszystkich podchodził z czułością i pragmatyzmem zarazem, ale przede wszystkim z wyraźnie zaznaczonymi zasadami i granicami. Biada temu, kto je złamał lub przekroczył. Na jednej ze swoich afrykańskich wypraw podpłynął do dziko wyglądającej plaży. Wybiegli tubylcy. Pozwolił im wejść na pokład, powitali go jak Arkadego Fiedlera, podkreślali, że pierwszy raz Europejczyk pozwala im wejść na statek i ich nie przepędza. Jego jacht, choć dość stary, był całkiem solidny. Większość czynności wykonywało się tam ręcznie, a wakacje spędzone na nim przypominały raczej żeglarski surwiwal niż rekreacyjny wypoczynek. Może właśnie dlatego każdy rejs był świetną szkołą życia, bez drogi na skróty.
Dobry koń po bitwie, w której zginął jego jeździec, zwykle wraca do domu swego pana. Cherch'ou LS sama przypłynęła do brzegu, być może ustawiona na autopilota. Oddała nam kapitana.

 Teraz trzeba go sprowadzić do Francji i godnie pochować. Trzeba zabezpieczyć dzielny jacht. Trzeba zebrać porozrzucane po afrykańskim wybrzeżu osobiste rzeczy Kapitana. Trzeba pojechać w okolice Southbroom beatch, dopełnić formalności... Clementine i Victor, francuskie dzieci Kapitana, zorganizowały zbiórkę dostępną pod linkiem: 
  

https://www.leetchi.com//c/pascal-chou#utm_source=mail_service_fr&utm_medium=participation_participant_thanks_fr&utm_campaign=mail_service_participation


Każda wpłata przybliża naszego kapitana do jego macierzystego brzegu. Jeśli możecie cokolwiek do niej dorzucić będzie to najlepszy prezent bożonarodzeniowy pod afrykańskim słońcem!

rys. Be.

sobota, 22 grudnia 2018

adieu au Capitaine


Capitaine,
On devait encore faire un tour du monde. On a oublié de préciser lequel. Quel tour, dans quel monde. Tu es parti tout seul, tes matelots sont abondonnés. Que dois-je leur dire? Tous les deux me répétaient souvent qu'ils te rejoindraient sur ton bateau dès qu'ils termineraient leurs écoles. Tu es parti trop tôt, Capitaine... C'est un faux départ, il me semble. Cela se corrige, n'est-ce pas?   







Tu as regagné ton port préféré, Capitaine? Sais-tu déjà où se trouve ton "où"? Certainement. Tu navigues au large, au grand large maintenant. 
Bon vent, Capitaine!


Kapitanie,

Mieliśmy przecież wyruszyć w podróż dookoła świata. Zapomnieliśmy doprecyzować, o który świat chodzi. Wyruszyłeś sam, opuściłeś swoich marynarzy. Co mam im teraz powiedzieć ? Obaj mi wciąż powtarzają, że gdy skończą szkoły dołączą do załogi Twojego jachtu. Wyruszyłeś zbyt wcześnie, Kapitanie... To falstart, mam nadzieję. Da się to poprawić, prawda ? Dotarłeś do Twojego ulubionego portu Kapitanie ? Wiesz, już, gdzie się znajduje Twoje « gdzie » ?[1] Z pewnością. Wypłynąłeś na głębokie wody, na bardzo głębokie. Pomyślnych wiatrów, Kapitanie !  


[1] Jacht nazywał się „ cherche où” – szukam gdzie…
 

piątek, 30 listopada 2018

piesek z kartonu

Trudno było nam się pozbierać po odejściu naszej ukochanej Królewny. Dziecię moje pierworodne pocieszenia szukało na przemian oglądając fotki naszej psiny i ukradkiem zerkając na strony schronisk dla zwierząt i fundacji. Szukał, szukał i wypatrzył. Cztery, niespełna miesięczne szczenięta owczarkopodobne, porzucone w kartonie na ulicy, trafiły w ręce opiekunów z  fundacji Głosem Zwierząt. A że dziecię onegdaj dla tej fundacji zbierało w szkole pieniądze na karmę dla schroniskowych podopiecznych, to zdaje się, że do spełnienia jego wolontaryjnych zapałów brakowało mu tylko psiaka, którego można będzie do domu przygarnąć. No i stało się. Pozytywnie przeszliśmy wnikliwe rozmowy adopcyjne. Psiak jest już z nami ponad rok i ciągle pozytywnie czymś zaskakuje, przede wszystkim niezwykłą inteligencją i sprytem, zwinnością no i niespodziewaną urodą. Niczym brzydkie kaczątko przemienił się z niepozornego mieszańca w okazały egzemplarz owczarka katalońskiego. I dalej pięknieje. Podobno tak mają zwierzaki, które trafią na kochający dom. Nie tylko zwierzaki zresztą :-)   
Zatem jeśli się jeszcze zastanawiasz, czy i gdzie kupić psa - nie kupuj, adoptuj! Tyle psiego nieszczęścia szuka przytulenia, a jak się potem odwdzięcza! 

https://www.youtube.com/watch?v=fcIqgYDOmXM

poniedziałek, 18 września 2017

Miejsca, w których żyjemy

Zamieszkując daną przestrzeń podporządkowujemy ją sobie i oswajamy, czynimy „naszą” chociażby po to, by prawdziwie poczuć się u siebie. Często jednak zdarza się, że trafiamy do miejsc, które już były w czyimś posiadaniu, stanowiły część czyjejś historii, były kawałkiem czyjegoś życia. Jedni w tej sytuacji pozbywają się wszystkiego, co obce, co nie ich i czynią przestrzeń sobie podporządkowaną, inni pieczołowicie tropią każdy ślad i próbują poznać prawdziwą, jak najpełniejszą historię miejsca, w którym się znaleźli z pietyzmem podchodząc do każdej pamiątki z przeszłości  pozwalając  jej żyć drugim życiem  albo też pomagają odnaleźć drogę do właścicieli.
O takim właśnie życiu pewnego miejsca w Poznaniu, zwanego nieformalnie Abisynią, opowiada niedawno wydana książka Aleksandra Przybylskiego. Książka niezwykła i trudna w klasyfikacji. Niby architektoniczna, z terminologią dla wtajemniczonych,  historyczna bardzo, zwłaszcza  w dokładnym opisie czasu wojny , ale przede wszystkim ciekawa narracyjnie.  Dialog ludzi i ich domów z interwałami dla intruzów z niemieckiej, bądź radzieckiej strony.
George Perec  w  La vie mode d’emploie na przykładzie jednej kamienicy pokazał ludzkie historie sprzężone z każdym z pokojów. ( Pisałam o tym wcześniej tu: https://voila-be.blogspot.com/search?q=Perec i trochę tu: https://voila-be.blogspot.com/2011/09/i-stao-sie.html ) Przybylski pokazuje domy w relacji podwójnej : z otoczeniem i z mieszkańcami, przy okazji podszeptując, jak istotne jest dobre sąsiedztwo.

Inicjały jednego z profesorów na bramie jego posesji 


Podobno dom, być może za sprawą mitycznych larów i penatów, potrafi współgrać lub nie z jego mieszkańcami. Przyjmuje lub odrzuca. Pięknieje lub niszczeje. Skrzypi i trzeszczy strasząc lub uspokajając. Dlatego ważne wydaje się poznanie historii miejsca, w którym żyjemy chociażby po to, by z tą historią podjąć dialog i być jej integralną częścią.       
Abisynia. Osiedle na poznańskim Grunwaldzie to lektura nie tylko dla abisyńczyków, jak określa autor mieszkańców tej malowniczej części Poznania. To książka ważna nie tylko ze względu na niezwykle drobiazgowy opis miejsc dotąd nieopisanych. Ważna przede wszystkim z jednego względu – pokazuje jak istotny jest szacunek dla historii innego człowieka, dla jego osobistych rzeczy, dla nas być może bez znaczenia, dla niego – bezcennych.



P.S. Abisynia kojarzyła mi się do niedawna  przede wszystkim z  Arturem Rimbaud i jego listami. Od pewnego czasu  przewija się w mej codzienności w zupełnie innym kontekście. Niewiele wiedząc o historii tej części Grunwaldu jeszcze jako studentka pomieszkiwałam w okolicy właśnie tak ostatnimi czasy  określanej. A miejsce było szczególne. Willa dwukondygnacyjna, na piętrze „państwo” , na parterze pięć studentek rozlokowanych  w trzech pokojach z łazienką i ogrodem. Choć był to początek lat 90. obowiązywała tam kuriozalna zasada – nie wolno było „przyjmować chłopców” , jak to określono w umowie najmu. Zakaz wstępu dla płci męskiej prawie był przez nas przestrzegany.  Prawie, bowiem mój późniejszy małżonek przyjechał pewnego dnia w czasie sesji, pod nieobecność gospodarzy, po notatki z wykładów i  za zgodą współlokatorek do pokoju przez dziewczęta zajmowanego zaproszony został. Nagle jednak pod willę samochód dobrze nam znany zajechał,  gospodarze zdziwili się obecnością zaparkowanego przed bramą innego auta i przeczuwając obecność intruza przejrzeli nasze pokoje troszcząc się o temperaturę.  Gościa naszego tymczasem przetrzymałyśmy w szafie, „dziadkowie” na szczęście wpadli tylko na chwilę, jednakże dobrą godzinę biedaczysko w tej dusznej szafie typu wnękowego przesiedział.
Żeńska stancja zakończyła się dwoma ślubami, piszącej te słowa z człowiekiem z szafy i wnuczka "dziadków" z jedną z lokatorek .