sobota, 24 czerwca 2017

Pożegnanie Królowej




Pożegnanie Królowej

O tym, jak bardzo jesteśmy przywiązani do zwierzęcia, a nie tylko ono do nas, przekonujemy się najdotkliwiej, gdy zwierzaka stracimy. Wydawać by się mogło, że tym bardziej bywa to bolesne, im mniej spodziewane. Jednak nawet, gdy wiadomo już, że nie ma drogi ratunku, zgoda na utratę ukochanego zwierzaka przychodzi bardzo powoli. Ciągle pozostaje złudzenie, że psiak był z nami od zawsze i zawsze z nami będzie, że da się go uratować, wyleczyć. Tymczasem zdarzyło się nieodwracalne. Ukochanej psiny nie ma już z nami. Trzy miesiące walki o każdy promyk nadziei i koniec. Dłużej się nie dało, a nasze ukochane psiątko chyba odetchnęło z ulgą, choć kurczowo trzymało się życia. Jej głosu już nie słychać, zobaczyć też jej nie można w miejscach, gdzie nas zawsze witała. Pozostał powidok i pogłos.  










niedziela, 15 stycznia 2017

9 stycznia. Przechodząc



Kończenie wystawy ma w sobie coś teatralnego, kurtyna co prawda opadła, ale aktorzy nie rozstali się  jeszcze z rolą. Gdy ściąga się wystawę dzieje się taki moment odwrócenia – dzieło podniesione do rangi sztuki wraca do codziennego, często zwyczajnego  kontekstu. Tym razem z rozbiórką poczekała na mnie wystawa „ Inni” , wystawa pokazująca zielone światło każdemu - więźniom z aresztu na Młyńskiej czy blokersom z Rataj – każdemu,  kto chce poczuć się artystą. Autor koncepcji Piotr C. Kowalski podsuwa narzędzia, wskazuje miejsce i twórcą pozwala stać się każdemu, kto odważy się przekroczyć  próg sztuki, dosłownie. Po każdym, kto ten próg pokonał zostaje ślad  buta na rozłożonym w wejściu płótnie ( jak onegdaj przy obrazach przechodnich czy przejezdnych Piotra C. Kowalskiego), czy ślad pisma chociażby w brudnopisowym próbniku. Niespodziewanie, zza grobu jak się okazało, odezwał się profesor Bauman: „ jest Pan czarownikiem, bo zmusza Pan ulicę i miasto, by siebie malowały (…), jest Pan poetą tej bezkresnej plaży, którą wszystkie bruki świata usiłują skrzętnie nie tyle unicestwić (…), co na zapomnienie skazać.”[1]   Piotrze, dziękuję za zaproszenie, moje buty też włączyły się do komunikacji „między stopą a okiem”, jak powiedziałby profesor Bauman.     





[1] List prof. Zygmunta Baumana do Piotra C. Kowalskiego z dnia 30. listopada 1998 eksponowany na wystawie „ Inni” 








piątek, 6 stycznia 2017

HEN, północ kontra południe

Jeszcze o Norwegii słów parę, nie można bowiem przejść obojętnie wobec kolejnej książki Ilony Wiśniewskiej. Pęka od rys wizerunek krainy szczęśliwości, gdy Norwegii przyjrzeć się od strony północnej. To tam właśnie, blisko krainy Świętego Mikołaja, po bliższym oglądzie jest dość mroczno nie tylko dlatego, że przez długi czas nie świeci tam słońce. To tam właśnie, na północny kraniec docierają imigranci, to tam żyją pogardzani przez Norwegów Saamowie alias Lapończycy. Barwna kultura Saamów poddawana przymusowej norwegizacji ( brzmi znajomo, a wszak zaborów w Norwegii przecież nie było), choć tłumiona pozostaje jednak wierna sobie, a pogańsko brzmiący joik obecny bywa nawet w chrześcijańskich świątyniach, ale - co dziwne, - jak zauważa Wiśniewska - głównie na południu; północ wyraźnie rozgranicza sferę sacrum i profanum, joik jako muzyka szamańskich rytuałów zdecydowanie należy do tej drugiej. Jest w tej muzyce coś, co przywodzi na myśl japoński butoh, tylko że tu - zamiast gestu - to głos oddaje istotę opisywanego zjawiska. Ilonie Wiśniewskiej udaje się dotrzeć do słynnej saamskiej wokalistki Marii Boine Persen ( jeśli można język natury przełożyć na ludzkie struny głosowe, to brzmiałaby zapewne jak Mari Boine Persen.  por. http://www.mariboine.no/  lub: https://www.youtube.com/watch?v=8oRgnToqkEU ).
Zaskakującym dla środkowoeuropejskiego czytelnika może być opis zorzy polarnej przedstawionej tu nie tyle jako niezwykłe zjawisko optyczne, co jako niepokojące wcielenie dusz zmarłych.
Wiśniewska opisuje wyludniającą się północ, pustoszejące domy, nikomu nie służące lokale usługowe, ludzi, którzy rytualnie wręcz zapalają światła w domu nieobecnego sąsiada, by markować sobie samemu jego obecność. Tropem utraconych obecności poszedł norweski artysta street - artowy Pøbel interesującym projektem Komafest 2016 ożywiając wymierające norweskie Vardø   ( http://komafest.com/komafest-2016/about/ ), także do niego dotarła Wisniewska.
Jest i wisienka na tym reporterskim torcie: udramatyzowany "dialog o grzechu". Nic tylko czytać. "Hen. Na północy Norwegii".

środa, 4 stycznia 2017

Witajcie w Norwegii, komedia wesoła inaczej

Wkurzające bywają rozczarowania, gdy nastawia się człowiek, że coś będzie białe, a okazuje się czarnym lub czarno - białym. Zwłaszcza, jeśli chodzi o film reklamowany przez pewne kino jako najzabawniejsza komedia ostatnich czasów ( no chyba, że czasy się kończą). Chciałam zobaczyć obiecane norwerskie pejzaże - pozostał niedosyt, całkiem spory, ale chyba reżyserowi chodziło o zburzenie mitu arkadyjskiej Norwegii.
Chciałam się zwyczajnie pośmiać - nie do końca wyszło. Chociaż film bardzo ciekawy i odważny. Dotykający zarówno   prześmiewczej postawy Norwegów wobec Saamów  (zwanych zazwyczaj Lapończykami), pogardliwego stosunku  do imigrantów, ale też znieczulicy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.
Jest i światełko w tunelu - nadęty wiking Primus sporo się jednak od "swoich" imigrantów nauczył, jakby potrzebował afrykańskiego zwierciadła, by poznać prawdę o sobie samym. "Pieniądze nie potrzymają ci ręki" - zdradza maksymę swej afrykańskiej matki błyskotliwy Abedi otwierając Primusowi oczy na los zależnych od niego ludzi.
Może "Witajcie w Norwegii" miało być takim kabaretowym uśmiechem przez łzy? Pytanie tylko, czy można tu się śmiać? Przedmiotem żartu ( jak w lekcji norweskiego) są tu ofiary, a nie sprawcy ich tragicznego losu. Chyba dlatego ta czarna komedia pozostawia po sobie takie sprzeczne wrażenia. Ciekawy film, ale coś tu nie gra.  

sobota, 31 grudnia 2016

Odkurzone, na koniec roku i początek nowego

Napisane chyba w 1977 r.:
" U nas z wolna kończy się zima. Topnieją śniegi, zachodni wiatr niesie daleki zapach nowości. Staram się przypomnieć sobie to nasze przedwiośnie pełne oczekiwań, pełne przeczuć, pełne nadziei. Powtarzam sobie w myślach to krótkie słowo "Polska" i wtedy jawi się we mnie jakaś rzewna podniosłość, coś jasnego, swobodnego, kojącego. Polska - ojczyzna wolności, Polska matecznik tolerancji, Polska - wielki ogród bujnego indywidualizmu. Gdzie ludzie pozdrawiają się uśmiechem, gdzie policjant nosi różę zamiast pałki, gdzie powietrze składa się z tlenu i prawdy. Polska - wielki biały anioł pośrodku Europy."
Tadeusz Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 1989  

niedziela, 11 grudnia 2016

Niedziela w Stavanger



Moja planowana Norwegia skończyła się w książkach.  Jak mawiają starzy Chińczycy - nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Kolejna podróż z inną perspektywą widzenia europejskiej rzeczywistości oddaliła się na czas bliżej nieokreślony.  Pozostało sięgnąć do tego, co o Norwegii napisano. Na początek Tyrmand. Potem inni, ale o tym później. 
 
Był rok 1944. Kolejny rok wojennej zawieruchy. Czas niepewności, okrucieństwa i grozy. Czas, w którym ocaleniu szczególnie sprzyja inwencja, spryt i odwaga. Przede wszystkim jednak przydaje się fart. Tyrmand, poznawszy oblicze wojny w różnych barwach kulturowych, usiłuje przedostać się z Niemiec do Szwecji. Trafia do Norwegii. Najpierw do deszczowego Bergen, potem, przypadkiem do Stavanger. Figle losu sprawiają, że wciąż nie dociera tam, gdzie pierwotnie planował, lecz dzięki temu udaje mu się przeżyć. Nie zdąża na okręt szpitalny Tubingen, a ten chwilę potem tonie storpedowany przez Anglików. W najmniej spodziewanych miejscach spotyka sprzymierzeńców, którzy ratują mu skórę. Miał czujnego anioła stróża i znakomite pióro.

środa, 3 sierpnia 2016

Ganbare!



Mamo, coraz niebezpieczniejsza się staje nasza Europa - zauważyła Złotowłosa analizując docierające zdecydowanie za często ostatnimi czasy informacje o zamachach. Szczególnie zaniepokoiły ją te we Francji i w Niemczech, zdarzyły się w przestrzeni bliskiej i znanej, a przede wszystkim wydawałoby się, stabilnej i bezpiecznej. 
Tak się składa, że do wakacyjnej walizki lekturowej, czyli niezastąpionego czytnika wrzuciłam ostatnio książkę Katarzyny Boni, Ganbare! Warsztaty umierania. Brzmi ponuro i bynajmniej nie wakacyjnie, ale jak się bliżej przyjrzeć, a najlepiej przeczytać, jest w tym głęboki związek. Skorygowaliśmy nasze plany wakacyjne na miejsce wypoczynku wybierając tereny o jak najmniejszym ryzyku, jeśli przyjąć, że takie jeszcze są, potem uznaliśmy, że przecież nie można dać się zwariować i pamiętać trzeba, że życie toczy się dalej. Skoro raz bardzo blisko otarłam się o zamach terrorystyczny we Francji, Gambare tym bardziej mnie zainteresowało, ale nie jako ars moriendi, lecz raczej jako sztuka przetrwania po katastrofie. Ganbare. Warsztaty umierania na początek skojarzyłam z japońskim filmem Okuribito ( w polskich kinach onegdaj jako „Pożegnania”) traktującym m. in. o obrzędach pogrzebowych w Japonii. Ganbare… to raczej opis próby oswojenia rzeczywistości po katastrofie, która przydarzyła się w kraju, wydawać by się mogło przywykłym i przygotowanym na zaskakujące zjawiska zmieniające bieg ludzkiego żywota. W 2011r. te zjawiska były jednak szczególne i zaskoczyły ludzi nawet najbardziej doświadczonych, a ich ślady rok później odnaleziono na …Alasce. Sposobem na ucieczkę przed bólem po katastrofie dla Japończyków było między innymi nazywanie losowych okropności słowami z obcego języka, jakby wydarzenie określone w innej rzeczywistości językowej było mniej bolesne i bardziej odległe, stwarzało pozornie bezpieczny dystans pozwalający oswoić się z tym, co niewyobrażalne.
Gdy w 2011r. śledziłam relacje mediów z Japonii, pamiętam, jak zdumiewał spokój, opanowanie i perfekcyjna organizacja Japończyków w obliczu żywiołu. Czas pokazał, że siły i działania żywiołu nigdy przewidzieć się nie da (por. http://voila-be.blogspot.com/2012/03/japonska-apokalipsa-rok-pozniej.html), człowiekowi pozostaje pokora i poczucie własnej omylności.
Dziś, gdy w Europie dzieje się tyle nieprzewidywalnych tragedii, związanych chociażby z zamachami terrorystycznymi, warto sięgnąć do doświadczeń japońskich, podpatrzeć, jak tam leczy się rany duszy po stracie. Jednym ze sposobów jest oczyszczające ponarzekanie, wyrzucenie z siebie żalu, smutku i rozpaczy. Wtedy można żyć dalej, jest jakoś lżej. Po Paryżu i Nicei, po zamachach w Niemczech chciałoby się powiedzieć: Ganbare, Europo! Trzymaj się, dasz radę!