Zapowiadał się bardzo miły wieczór przy ognisku i kiełbaskach. Okolica się powoli cywilizacyjnie wyciszała, większość ludzi musiała wyjechać przed wieczorem. My dostaliśmy ten prezent od czasu, że mogliśmy sobie jeszcze beztrosko pożegnać lato. Wiatr z lekka falował gryczanym polem, a nad nim od czasu do czasu pojawiał się żurawi klucz anonsując się wcześniej charakterystycznym krzykiem. Niemiłosierne były tylko komary, jakieś takie młode, drobne i spragnione krwi egzemplarze naprzykrzały się całymi chmarami nie zważając na żadne sprawdzone dotąd olejki eteryczne, czy repelenty. Nie to jednak zepsuło nam wieczór przy ognisku. Oto nagle, tuż po przelocie kolejnego ptasiego klucza, rozległy się strzały. Nieregularne i bynajmniej nie z ambony. Żurawie larum podniosły niczym gęsi na Kapitolu. Pies też się zdenerwował i usiłował za wszelką cenę otoczyć ludzkie stado delektujące się kiełbaskami. A tu nagle ryk silników. Quady! Komuś zachciało się pobawić w lesie, pewnie myślał, że jest w nim sam. I jak tu nie nazywać ludzi człowiekami?
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
sobota, 27 sierpnia 2011
Jak na lekarstwo
Czeremcha jest takim dziwadłem owocowym, coś jakby skrzyżowanie czarnej porzeczki z wiśnią. I do tego ta spora zdrewniała pestka, której się raczej człowiek w owocach gronowych nie spodziewa. Ale marmolada wyszła całkiem niczego, choć pewnie dzieciakom do gustu nie przypadnie, ma zbyt cierpki posmak. Zastanawiałam się kiedyś w dzieciństwie, dlaczego na ślubach ludzie krzyczą „gorzko, gorzko”, gdy para młoda tak słodko się całuje. Pewnie po to, by nowożeńców ze słodyczy nie zemdliło… Gdy spróbować dojrzałych owoców czeremchy, to właśnie przypominają one taki słodko-gorzki pocałunek. Tak jak z przyprawami, gdy ich brak, to jest tak bezpłciowo, nijako, a gdy odpowiednio doprawić robi się wyraziściej. Marmolada trafiła do słoiczków. Wyszło jej niewiele. Roboty dużo, owoc mały, czeremcha wydaje się niewdzięczna. Jednak podana do herbaty ujawnia swe ukryte wdzięki. Skosztujcie, a przekonacie się sami!
piątek, 26 sierpnia 2011
Placek drożdżowy „do góry nogami”
Gdy onegdaj siostry Tatin piekły swą owocową tartę, jedna z nich rozkojarzona wsadziła ją do piekarnika odwrotnie, owocami do dołu. I tak powstała słynna tarte tatin. Spieszyłam się dziś, by przygotować coś słodkiego dla przyjaciół i miast kombinować i wymyślać chciałam zrobić coś, co zawsze się udaje i jest takim ciastem dyżurnym, zwłaszcza latem, gdy są owoce. Najpierw się okazało, że synuś wykorzystał cały cukier, ostał się tylko trzcinowy, który akurat wolę, ale niekoniecznie do tej wersji tego ciasta. Jako, że nie mam tu piekarnika i ciasto przygotowuję w prodiżu po babci, koncentrowałam się głównie na przeliczaniu proporcji na kruszonkę przy mniejszej powierzchni pieczenia. I już zaczęło pachnieć rosnącym drożdżowym ciastem, gdy zorientowałam się, że czegoś w cieście brak. Nie dodałam tłuszczu! Wyobraźcie sobie drożdżowe ciasto suche jak pieprz podane w upalny dzień, udławić się można na samą myśl. Ale nic to, znalazłam olej kujawski, postarałam się dodawać go tak, by zbytnio nie zaburzyć konstrukcji ciasta, na którego wierzchu dojrzewała już kruszonka. Byłam przekona, że być może uratuję wilgotność ciasta, ale zakalec zapewne będzie murowany. Tymczasem … Mama, jakie to dobre ! – rozległo się z kuchni, gdzie właśnie dzieciaki dobierały się do stygnącego placka jeszcze przed przyjściem gości. Cóż potrzeba i pomyłki matkami wynalazków.
A oto właściwy przepis na placek drożdżowy mojej mamy:
Składniki:
Ciasto :
Paczka drożdży „babuni”
3 szklanki mąki
3 jajka
¾ szklanki oleju kujawskiego lub oleju carotino ( w tym drugim przypadku ciasto ma taki tajemniczy miodowy kolor)
¾ szklanki cukru
Szklankę mleka o temperaturze pokojowej (ważne) wlewamy do garnka, dodajemy łyżkę mąki, łyżkę cukru i pokruszone drożdże. Odstawiamy w miejsce, gdzie nie ma przeciągu, latem nakrywamy ściereczką, by nie przyciągnęło muszek owocowych.
Mąkę, jaja, cukier i olej mieszamy w misce najlepiej drewnianą łyżką, dodajemy rozczyn, jeśli już wyrósł, jeżeli nie przygotowujemy najpierw kruszonkę, a robimy to tak:
szklankę mąki mieszamy ze szklanką cukru pudru i 10 dkg masła (jeśli placek pieczemy w prodiżu, kruszonki robimy odpowiednio mniej zmniejszając proporcjonalnie ilość składników).
A jak już mamy to wszystko przygotowane, to wystarczy wysmarować delikatnie formę do pieczenia (lub prodiż) tłuszczem, poprószyć mąką, wylać ciasto, posypać kruszonką i piec około 30 minut.
Ładnie pachnie, prawda?
Ładnie pachnie, prawda?
czwartek, 25 sierpnia 2011
A jednak marmolada?!
Już myślałam, że po raz pierwszy od wielu lat nie będę robić konfitur, dżemów, ani nawet powideł, czy kompotów. Zanosiło się na to, że kończyć będziemy pozostałe zeszłoroczne zapasy spiżarniane. Aż tu na psim spacerze uwagę mą przykuło obsypane drobnymi czarnymi owocami drzewo. I nie zwróciłoby może mojej atencji, gdyby nie sporo połamanych gałęzi pod nim leżących. Taak, 1:0 dla zwierząt, tylko człowieki potrafią przygotować sobie więcej pożywienia niż są w stanie zjeść, czy ze sobą zabrać. Zwierzak albo zje, albo zabezpieczy „na później”, ewentualnie zostawi resztki kolejnym zwierzakom. A człowieki są jak psy ogrodnika, same nie zjedzą, inny też już nie skorzysta. Drzewo okazało się czeremchą (prunus padus), której w zasadzie owoce same już opadają znacząc na liściach słodki ślad swojej dojrzałości. Wystarczy wyciągnąć rękę. Dziwne to drzewo, na jednym gronie miewa jednocześnie owoce zielone, czerwonawe i czarne. Oczywiście im bliżej im do czerni, tym więcej w nich cukru, a mniej cierpkości. Zmykam robić marmoladę, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
P.S. Dodatkowe info na temat czeremchy można znaleźć tu :http://www.poradnia.pl/czeremcha.html
wtorek, 23 sierpnia 2011
Straszna prawda na koniec lata
Gdy w odruchu dobroci dla ludzi wspieramy jakąś akcję humanitarną zwykle nie zastanawiamy się, co z naszym datkiem dzieje się dalej. Ze spokojnym sumieniem (bo przecież pomogliśmy) oczekujemy wiadomości, że „tam” się poprawiło. Tymczasem okazuje się, że ktoś sobie z nas zakpił, a kij, jak to zwykle bywa, ma dwa końce. A z drugiej strony, jak mieliśmy sprawdzić, że datek trafił właśnie tam, dokąd chcieliśmy? I że zrobiono z niego właściwy użytek? Z założenia ufamy tym, którzy akcję organizują. I dobrze. Linda Polman, autorka publikacji Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. Czarne) pokazuje, że z tą pomocą bywa jednak różnie i bardzo „niehumanitarnie”. I jak bezmyślnie ( albo zbyt zmyślnie) bywają przygotowane akcje pomocowe. Kolejna, po reportażach Jennie Dielemans, trudna książka na wakacje. Przeczytacie, jeśli potraficie to przełknąć tak, by nie zapomnieć, że mądra pomoc jest potrzebna, i to szczególnie tam, gdzie nie ma skąd nadejść, zwłaszcza, gdy nie ma fotoreporterów i nie zbliża się kampania wyborcza.
P.S. Ciekawe spostrzeżenia nie tylko na temat wspomnianej publikacji są też tutaj: http://refugee.pl/?mod=knowbase&type=temat_miesiaca&path=3783&PHPSESSID=0cd3980653e85c12714c898553fcf07c
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Eco-driving, czyli daleko zajedziesz, mało spalisz
Z dziką satysfakcją spoglądam na wskaźnik paliwa zużytego w przeliczeniu na 100 km. Udało się! Żarłoczne auteczko obciążone wszystkim, co niezbędne (czytaj: wszystkim, co się zmieściło) przejechało z połową baku na drugi koniec Polski i nie wołało dokładki. W drodze powrotnej podobnie. Wreszcie wymierny dowód na to, że kurs eco-drivingu, który onegdaj zrobiłam coś rzeczywiście dał. Bo w mieście jakoś się tego specjalnie odczuć nie dało, ale na trasie! Mało, że auto dużo mniej spaliło, to jeszcze świadomość, że nareszcie udało mi się rzeczywiście, a nie na papierku, wejść w rolę eco-kierowcy. A zasada prosta: "ciężką nogę" zastąpić miękką, delikatną jazdą, jeśli to możliwe jedziemy bez hamowania, prędkość redukujemy silnikiem, ale przede wszystkim ruszamy szybko, możemy "przydusić" na starcie po to, by tę prędkość "rozkulaną" wykorzystać i jak najszybciej wejść na jak najwyższy bieg. Samochód dociążony dziećmi, zwierzętami i walizkami nie kusi do rajdowej jazdy, zatem dość szybko popada się raczej w usypiający błogostan przypominający nieco znużenie, które dopada nas w monotonii autostrady. Ważne przed wyjazdem: sprawdzić ciśnienie w oponach, zmniejszyć opory powietrza (okna zamknąć, nie wozić niepotrzebnego bagażnika na dachu, itp.). Poza oszczędnością paliwa i pieniędzy, jest też korzyść niezwykle ważna: jedzie się bezpieczniej, bo więcej czasu mamy na obserwację drogi i na właściwe zareagowanie w razie niespodzianek na drodze ( a tych niestety, zwłaszcza w postaci dziur, na naszych polskich trasach nie brakuje). I korzyść ostatnia : skoro już wybraliśmy auto, a nie inny bezspalinowy środek lokomocji, to w tym przypadku generujemy mniej spalin niż przy tradycyjnej jeździe, ale też mniej zużywamy samochód. Szerokiej i gładkiej drogi przy wakacyjnych powrotach!
sobota, 20 sierpnia 2011
Kwiaty wczesnego ranka
Właściwie nie wiem, o której godzinie otwierają koronę swoich płatków. Gdy piję poranną kawę, one wyglądają na bardzo już rozbudzone. Gdy tylko mija południe, nadchodzi zmierzch trwałości dla ledwo rozprostowanego kielicha. Co dziwne, właściwie nie wiem, co to za kwiaty i skąd się tu wzięły. Wsiewałam coś do donicy, ale wydawało mi się, że nic nie wzeszło, dosadziłam „gotowce” z ogrodniczego sklepu. A teraz rośnie i jedno, i drugie.
Miłe są takie niespodzianki. Myślisz, że nic z tego, a tu jeszcze i „to”, i coś jeszcze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)