sobota, 12 kwietnia 2014

Eli, Eli



Dwubiegunowa, odpychająco-przyciągająca książka leży mi na biurku od kilku miesięcy jak wyrzut. Że nie wiem, jak do niej podejść, że nie wiem, jak o niej napisać. Jest turpistycznie piękna. Intrygująca i zmuszająca do ustosunkowania się. Bać się jej? Odrzucić z niesmakiem? A może oswoić szukając piękna w chorobowym oszpeceniu, w zdeformowanej rzeczywistości? Miała to chyba być publikacja o fotografowaniu biedy. Niemal każde słowo napisane przez Tochmana oswaja obraz uchwycony w obiektywie Wełnickiego, każde zdanie uczy obcowania z obrazem, tak jak wcześniej zrobił to autor fotografii z oswajaną rzeczywistością. – Ja wam pokażę prawdziwą biedę, nie tę pod turystów, by wyżebrać więcej, ale tę prawdziwą, niezafałszowaną - można by uzupełnić przekaz Edwina N., niebezpiecznego jak się okazało przewodnika „bieda –wycieczki”, która przy okazji jest karawaną rozdającą jedzenie. True Manila. Inny brzeg turkusowego oceanu. I nie wiem, co bardziej odpycha – schorowana kobieta zdeformowana chorobą, czy fotograf utrwalający obraz człowieka w fazie odrzucenia. Znamienny jest tu dystans, z jakim Tochman podchodzi do fotografujących biedę, choć sam jest częścią tej kuriozalnej wycieczki,  wyraźnie się od niej odcina patrząc na fotografujących białych oczyma pogrążonych w biedzie Filipińczyków.  Książka Tochmana ( i Wełnickiego!) to także rozrachunek z kolonializmem, wskazujący jasno mroczną stronę kolonizujących i równie ciemną kroczących tuż za nimi niebiednych misjonarzy nawołujących do ubóstwa. Świetna lektura na wielkanocny czas. 

Wojciech Tochman, Eli, Eli, fot. Grzegorz Wełnicki, Wyd. Czarne 2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz