niedziela, 11 grudnia 2016

Niedziela w Stavanger



Moja planowana Norwegia skończyła się w książkach.  Jak mawiają starzy Chińczycy - nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Kolejna podróż z inną perspektywą widzenia europejskiej rzeczywistości oddaliła się na czas bliżej nieokreślony.  Pozostało sięgnąć do tego, co o Norwegii napisano. Na początek Tyrmand. Potem inni, ale o tym później. 
 
Był rok 1944. Kolejny rok wojennej zawieruchy. Czas niepewności, okrucieństwa i grozy. Czas, w którym ocaleniu szczególnie sprzyja inwencja, spryt i odwaga. Przede wszystkim jednak przydaje się fart. Tyrmand, poznawszy oblicze wojny w różnych barwach kulturowych, usiłuje przedostać się z Niemiec do Szwecji. Trafia do Norwegii. Najpierw do deszczowego Bergen, potem, przypadkiem do Stavanger. Figle losu sprawiają, że wciąż nie dociera tam, gdzie pierwotnie planował, lecz dzięki temu udaje mu się przeżyć. Nie zdąża na okręt szpitalny Tubingen, a ten chwilę potem tonie storpedowany przez Anglików. W najmniej spodziewanych miejscach spotyka sprzymierzeńców, którzy ratują mu skórę. Miał czujnego anioła stróża i znakomite pióro.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza