poniedziałek, 12 września 2011

Koniec bajki, albo o „cioci z lasu”, której zniknął las

Miała być opowieść o magicznej krainie, do której uwielbiam wracać. Gdzieś między doliną Baryczy, a Wałem Trzebnickim. Zielono tam bardzo i lesiście, wrzosowo i brzozowo.

W dzieciństwie lubiłam w ten zakątek jeździć na jagody, na grzyby niekoniecznie, bo zamiast nich przynosiłam bukiety. Tym razem coś mi podpadło. Najpierw jakoś tak jaśniej i słoneczniej w miejscach, gdzie dotąd słońce walczyło z oporem liści o dostęp do runa i podszytu. Potem wydawało mi się, że się zgubiłam, topografia mi się jakoś zakłóciła. Doprowadzona telefonicznie do celu naszej przyjacielskiej biesiady zobaczyłam rzecz starszą. Las wyłysiał plackowato i to na sporej połaci. W miejscu, gdzie moim przyjaciołom do okien zaglądały świerki, a ogród rododendronami posadzonymi za płotem przechodził w las, jest dużo błękitnego nieba, a pod nim ziemisto-korzenny bałagan. I leśna droga … utwardzona jakimś węglowym odpadem. Dobrze, że tu asfaltu nie wylali, by tym, którzy lasowi „to” zrobili wycinało się łatwiej. Siedzieliśmy przy herbatce tyłem do tej wyrwy w ciągłości lasu, szumiał on ciszej i smutniej, a wiatr zawiewał mocniej i śmielej. Będzie teraz sobie hulał i hulał, do czasu, aż kolejny drzewostan stawi mu opór. Nie było nas, był las, nie będzie nas, …?

    
*
P.S. A oto opowieść wg Tych, których ten uszczerbek na lesie dotknął najbardziej: http://dakota68.bloog.pl/id,6364079,title,Byl-las,index.html

I ich domowe graffiti na otarcie łez:




Prawda, że pomysłowe?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz