sobota, 18 maja 2013

Dziś wieczorem...

Zrobiłam to dla odprężenia. By zatrzymać rozpędzone myśli i wyhamować trochę. Sięgnęłam po „opowieść tak piękną, że można się w niej zagłębiać bez końca” (Newsweek, zachęcająco na obwolucie). Pochłonęła mnie lektura wciągająca i piękna, ale bynajmniej niełatwa. Afrykańskie dzieciństwo Angielki trochę zagubionej tożsamościowo przez nią samą opowiedziane bez retuszu. Rodzinne doświadczenia z Afryką w tle bardzo wyraźnie zaznaczonym i bezpośrednio wpływającym na te pierwsze. Alexadra Fuller w „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” (wyd. Czarne) z nostalgią opisuje swoje dzieciństwo w dawnej Rodezji, Malawi i Zambii realistycznie obrazując niełatwe życie angielskich farmerów w afrykańskiej postkolonialnej rzeczywistości. Fuller, choć Czarny Ląd na stałe opuściła  już dawno, dalej nosi w sobie ten swój osobisty kawałek Afryki. Warto się mu poprzyglądać.   

środa, 1 maja 2013

Folwark zwierzęcy w wersji czarnobylskiej


Niedawno minęła kolejna rocznica wybuchu reaktora w Czarnobylu. 26 kwietnia 1986r. zdarzyło się coś, z czym ludzie nie spotkali się nigdy wcześniej – budowany w pokojowych intencjach atom zadziałał jak ten z czasów ostatniej wojny światowej. Zbiór reportaży Swietłany Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości” ukazał się w polskim przekładzie parę miesięcy temu, w oryginale napisany w 2005. My czytamy go dziś już po japońskim doświadczeniu z „pokojowym” atomem w Fukushimie. Możemy porównać radziecki chaos i działania homo sowieticus z japońskim uporządkowanym społeczeństwem, które w analogicznej sytuacji zareagowało zupełnie inaczej. „Czarnobylska modlitwa” to lektura obowiązkowa, pokazuje jak mało wiedzieliśmy i jak mało wiemy nadal o tym, co niestety dotknęło i nas wszystkich (radioaktywny pył dotarł do Polski 29 kwietnia, 2 maja był we Francji i Japonii, 5 i 6 maja w USA i Kanadzie[1]).
To, co odróżnia relację Aleksijewicz od wcześniejszych publikacji na temat Czarnobyla to przede wszystkim emocjonalne i zmysłowe odczytywanie poczarobylowskiej rzeczywistości. To relacje prostych ludzi, którzy żyli w promieniu 10, 20 czy 30 kilometrów od wybuchu i funkcjonowali w nieświadomości zagrożenia, jakie on ze sobą niesie. To opowieści ludzi, którzy byli w zespołach pacyfikacyjno-likwidacyjnych, w ekipach porządkująco-grzebiących stary, przedczarnobylski świat z całym jego ekipażem, zwierzętami, roślinami, wszystkim, co służyło człowiekowi i stanowiło jego historię, a teraz napromieniowane musi zostać „zabezpieczone”. To także Czarnobyl widziany z perspektywy naruszonej i porzuconej przez człowieka przyrody. Gdy po wybuchu reaktora ludzi ewakuowano, dobytek i zwierzęta zostawały w opuszczanych domach lub były wykradane i, choć napromieniowane, często sprzedawane dalej. Pozostawione w gospodarstwach krowy szybko padły ofiarą wilków, psy i koty żywiły się jajkami, dopóki lisy nie pożarły kur. Potem psy pozjadały koty, chyba że wcześniej zdążył je wystrzelać patrol.
Każdy miał swój Czarnobyl, nikt nie był na niego przygotowany. Nikt nie wie, kiedy i jakie będą jednostkowe i globalne skutki atomu, który się wyzwolił spod kontroli człowieka.



1/ Informacje za S. Aleksijewicz, Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości, wyd. Czarne Wołowiec 2012

wtorek, 30 kwietnia 2013

Ostatnie pitanie

Minęła północ i została ostatnia doba na rozliczenie PIT-a, jeśli jeszcze nie wiecie, z kim podzielić się 1%, by nie zjadł go samolubnie fiskus, to w prawym górnym rogu siedzi jeż. Siedzi tam od dawna, Błękitny Księżę namalował go na ubiegłoroczne pitanie, pod jeżem jest nr KRS, który w stosownej rubryczce przy wypełnianiu PIT-a wpisać należy. A że sporo ostatnio szumu wokół organizacji korzystających z 1% , mających status OPP i wcale z tego pożytku publicznego nie robiących spieszę donieść, że pieniądze z 1% "z jeża" przekierowanego na PSCH, czyli Polskie Stowarzyszenie Chorych na Hemofilię, służą m.in. pokryciu kosztów publikacji broszur, filmów i książek o hemofilii. Dzięki nim sukcesywnie zwiększa się świadomość społeczna na temat tej choroby i poprawiają się standardy leczenia. Dzięki profilaktyce właściwie polskie dzieciaki z hemofilią już prawie nie odstają od tych, które żyją w krajach o wyższym standardzie medycznym. Do pełni szczęścia brakuje tylko, by ta profilaktyka oparta była na syntetycznie wytwarzanych lekach rekombinowanych, a nie jak dotąd na preparatach krwiopochodnych.

       
Dziękujemy za 1%!

piątek, 26 kwietnia 2013

Po zimie


Wynurzam się powoli zza stosu przetrawionych książek, postawiłam kropkę na końcu ostatniego zdania w tekście, który wchłonął mnie jak gąbka. Pora wyjść do ogrodu, który wreszcie się obudził zaspany zbyt długą zimą. Nad jeziorem bobry tej zimy zaszalały,  chyba apartamentowce budują pod wodą zamiast żeremi, tak dużo drzew naścinały. Coś mi się zdaje, że tym razem nie ujdzie im to na sucho. Jezioro w większości dotąd zacienione teraz skąpane w słońcu. Kot wyciągnął się leniwie na trawie i podgląda ptaki. Płatki kwiatów moreli zaśnieżają trawnik. Pięknie jest.

sobota, 13 kwietnia 2013

Niebezpieczne lektury


Pogrążyłam się ostatnimi czasy w lekturach ciekawych bardzo i trudnych zarazem. Tak się jakoś zbiegło, że moje zawodowe zainteresowania spotkały się z wysypem publikacji odsłaniających ciemniejszą stronę naszej rzeczywistości. Kto czytał Ameksykę wie, o czym mówię. Kto wytrwał do końca lektury Wielkiego głodu zrozumie, co mam na myśli. Ten, kto ma za sobą przemyślenia po przebrnięciu przez tekst Prowadzący umarłych , czy niedawno wydane 13 wojen i jedna zobaczy, jak ważne jest publikowanie takich książek.
Pocieszające jest to , że „bohaterowie” tych niechlubnych historii w większości  trafili w końcu za kratki. Tam właśnie spotkał ich m.in. Liao Yiwu i spisał część ich „wyczynów”. Pozostałe do opisania jako autor sam musi przetrawić, potem to samo czeka czytelnika.  Problem z takimi mrocznymi lekturami polega m.in. na tym, że wciągają odsłaniając to, co ukrywane, aż dochodzi się do progu nasycenia. Tworzy się percepcyjny menisk wypukły i wtedy pozostaje tylko zmienić lekturę na lżejszą, reportaż zastąpić np. powieścią. Z życiem takiego manewru wykonać się nie da, ale … za oknem wreszcie wiosna. I niech tak zostanie. 

sobota, 30 marca 2013

Zając ...

Złotowłosa się zamartwia, co będzie z tym zającem. Zdaje się, że patronów pomyliła, źle w kalendarz spojrzawszy, bo zając przychodzi w imieniny Benjamina, a nie Hugona, jak jej się wcześniej zdawało. Zdaje się, że kartki z kalendarza nie wyrwała i zapatrzyła się biedulka w luty. Słusznie chyba, bo wygląda na to, że zając też się w iście lutowych zaspach zasadził. I pewnie wcale już nie zdziwi, gdy na imię mu będzie ... Mikołaj. 


Wiosennych, kolorowych Świąt Wszystkim ciepło życzę!

poniedziałek, 18 marca 2013

Głowa spod kapelusza



Za oknem znów śnieży i śnieży, choć miało być wiosennie. Mało, że śnieży, to jeszcze zawiewa. Wiatr podkrada przechodniom kapelusze z głów. Sztuka to niełatwa nosić kapelusz przy wietrznej pogodzie. Z pozoru wydaje się, że głowę pod kapeluszem trzymać należy wysoko i dostojnie. Tymczasem z kapeluszem to trochę jak jak z żaglówką, trzeba z pokorą wobec wiatru, bo inaczej sam kapeluszowiec zostanie do wiatru wystawiony. Z obnażoną głową ścigać będzie wtedy po ulicach swe nakrycie głowy ku uciesze przechodniów. Zatem kapeluszowy ukłon wiatrowi posyłam z nadzieją, że pokłon przyjmie i wiać wreszcie przestanie.